Z Wrekmeister Harmonies minęliśmy się na zeszłorocznym OFFie. Wybrałem wtedy koncert The Oh Sees połączony z doładowaniem akumulatorów (czyt. leżeniem na trawce). Tak wiem, podwójna wpadka. Nie dość, że przeszedł mi koło nosa koncert kolektywu JR Robinsona, to i na królach garażowej psychodelii, zamiast skakać pod sceną, wybrałem chillout. Z tym drugim już nic nie zrobię, ale gdy tylko usłyszałem, że Wrekmeister Harmonies pojawią się w Sopocie i to za marne dwie dyszki, to wiedziałem, że choć ten jeden błąd mogę naprawić.

Nie powiem jednak, żebym miał duże oczekiwania co do tego występu. Płyty bardzo lubię, ale w warunkach koncertowych nie bardzo wiedziałem, czego oczekiwać. Podsycały to tylko komentarze znajomych na portalach społecznościowych, którzy nastawiali się na spektakl w rodzaju tego, który na scenie tworzą Swans. A mi co prawda pierwszy koncert Giry i jego zespołu w Katowicach bardzo się podobał, ale drugi, praktycznie taki sam jak poprzedni, już wynudził kompletnie. Na kolejną powtórkę najzwyczajniej w świecie nie miałem ochoty.

Zachęcało za to miejsce występu, bo Teatr na Plaży nie dość, że oferuje całkiem konkretne i dobre warunki brzmieniowe, to jeszcze ma świetną lokalizację. Przed i po występie siadasz sobie przy plaży i możesz co nieco pomyśleć lub ochłonąć. Minusem są siedzenia, ale tak jak w gdańskim Żaku mi to przeszkadza (bo tam mają na to wpływ), tak tutaj rozumiem. Na co dzień odbywa się tam przecież sporo innego typu wydarzeń.

Wracając do meritum. Z takimi oczekiwaniami (czyt. żadnymi), doprawionymi jeszcze faktem, że ostatnia płyta jeszcze nie została przeze mnie do końca przetrawiona, a w dodatku jest zdecydowanie spokojniejsza, od poprzednich wydawnictwo, mogło być albo ok, albo świetnie. A było zdecydowanie lepiej.

Nie był to występ bez wad, ale przy takim nagromadzeniu emocji na scenie nie ma sensu się na nich skupiać. Zespół wystąpił jako trio. Obok JR Robinsona na scenie zobaczyliśmy jego długoletnią współpracowniczkę Esther Shaw oraz perkusistę, którego nazwiska niestety nie wychwyciłem. Nie był to chyba żaden ze stałych współpracowników zespołu, ale jeśli tak, to mnie poprawcie. Okrojony skład nie oznaczał jednak skromniejszego brzmienia. Robinson oprócz gitary wspierał się na scenie elektronicznymi podkładami, a Esther Shaw mieszała grę na klawiszach z grą na skrzypcach i zapętlaniem oraz mieszaniem jednego z drugim. Dodatkowo ww. dwójka udzielała się prawie że na równi wokalnie.

I jaki dało to efekt? Od porównań ze Swans nie uciekniemy, a przynajmniej ja uciekać nie zamierzam. Jednak tam, gdzie Gira jawił mi się jako charyzmatyczny lider, którego boi się reszta grupy, przez co wykonuje jego polecenia bez szemrania, a przepływ energii ma charakter raczej jednostronny (członkowie zespołu oddają ją liderowi, a ten kumulując ją, zależnie od wieczoru, przekazuje ją publice bądź nie) tak tutaj mieliśmy do czynienia z jednym, konkretnym, energetycznym kołem. JR Robinson to lider innego typu – równie charyzmatyczny, co Gira, ale wsłuchujący się w swoich scenicznych partnerów i oddający im część swoich sił. I to zdaje się działać, bo wzajemne nakręcanie się, pomimo relatywnie mniejszych i rzadszych dźwiękowych „wybuchów” podziałało na mnie naprawdę ożywczo.

Przede wszystkim jednak dało się w tym wyczuć naprawdę dużą ilość emocji. I to takich, które otwierają wewnątrz sporo drzwi. Są nieprzyjemne, ale i oczyszczające. Intrygują i hipnotyzują. Tak samo jak sam występ. I choć za pierwszym razem, gdy atmosfera się zagęszczała, a dźwięki narastały, ich wybuch w postaci podkręconej do maksimum w tym miejscu głośności nie był jeszcze tym „wow”, to już zagrana przed samymi bisami kompozycja zdecydowanie miała takie cechy. Było czuć w tym szczerość, brak jakiegoś z góry nałożonego planu. A nawet jeśli takowy był, to przynajmniej przykryty dobrą interakcją wewnątrz tria, a także kilkoma słowami wypowiedzianymi w stronę publiki dla rozładowania napięcia.

Zdaję sobie sprawę, że ta dość chaotycznie napisana relacja nie daje zbyt wielu szczegółów na temat samego występu. Ale może oddaje trochę jego ducha. Lekko niepoukładanego, pełnego emocji i dość ulotnego, ale na pewno zapamiętywalnego na długo. Jeśli tylko będziecie mieli okazję, pójdźcie na Wrekmeister Harmonies. Zmierzcie się z nimi i sami zobaczcie, jaki będzie tego efekt.