Tytuł albumu jest mylący, bo Mamuthones tak naprawdę się nie boją. To dzięki odwadze udało im się połączyć świetny, funkowy groove z Fear of Music Talking Heads z otwartą i pełną improwizacji strukturą, których pełna była płyta On the Corner Milesa Davisa. A nawiązać do tytułu tych dwóch krążków to już nie lada odwaga.

Włochom udało się nie tylko to. Fear On The Corner nie dość, że pulsuje energią i dorzuca do tego repetytywność, która jest głównym narzędziem do rozruszania tego psychodelicznego parkietu, to jeszcze potrafi swoje eksperymenty utrzymać w ryzach. Utwory są niedługie, zazwyczaj mylimy tropy i dopiero gdzieś w połowie danej kompozycji wskakujemy do basenu z napisem „improwizacje”. Z tym że ta kąpiel i tak nie trwa długo, bo co prawda impreza w wodzie to kusząca opcja, ale jak będziemy za dużo w niej przebywać, to jeszcze nam się zmarszczy skóra. A tym raczej nikomu nie zaimponujemy.

Podskórnie czujemy też, że wszystkie te kompozycje na żywo mogą zostać przez zespół mocno rozciągnięte. Album wydaje się być jednak idealnie wyważony. Zatracanie się w monotonnych, ale niezwykle żywych dźwiękach sekcji rytmicznej przerywane jest syntezatorowo-gitarowymi odlotem poza ziemską orbitę (Alone), skrzecząco-przesterowaną quasi-solówką (The Wrong Side) czy grą na pianinie w stylu „dopiero się uczę, ale w przyszłości będę robić beaty” (Simone Choule). Trochę poważniej i straszniej robi się dopiero w końcówce w finałowym Here We Are.

I nic się tu ze sobą nie gryzie, a my chcemy dobierać się do kolejnych dźwiękowych warstw, choć może się okazać, że wcale ich tu tak dużo nie ma. I z takim też pytaniem pozostawia nas ta płyta – skomplikowane to, czy właśnie bardzo proste? Ja nadal nie wiem, ale nóżki chodzą mi do tego same.