Od razu przyznam, że nie podchodzę do tej płyty jak większość recenzentów czy osób o niej piszących, których teksty znalazłem w polskim Internecie. Tak, byłem ciekaw, jak odbierany był ten album przy jego premierze i oprócz dość oczywistych porównań do zimnofalowych grup z lat 80-tych, wszędzie podkreślano jedno – 10 lat czekania, świetne koncerty, a na płycie umieścili mniej znane lub nowe utwory. Cóż, mi bez tego bagażu dobrze, bo żadnego występu grupy nigdy nie widziałem, także Dymu słuchałem z czystą kartą. Może dzięki temu wyróżnię się z tłumu.

Dym to płyta bardzo intensywna, bo w 29 minut udaje się tu upchać 10 kompozycji. Ta intensywność bierze się też z tego, że pomimo rozbicia poszczególnych elementów na mniejsze kawałeczki zwane utworami, to całość tak naprawdę mogłaby być jedną, bardzo długą kompozycją. Brzmienie jest bardzo zwarte i bardzo jednorodne. Podobnie z tekstami, które wyśpiewywane lub wykrzykiwane są na zasadzie powtórzeń fraz. Tak samo działają tu riffy, a samo brzmienie gitary jest jednym z mocniejszych punktów tej płyty. Razem tworzy to bardzo bezpośredni przekaz. I klimat.

No właśnie, bo jakkolwiek nie wgłębiać się w tę muzykę, to jest to po prostu bardzo dobra, zimnofalowa płyta. Brzmienie sprzed kilku dekad Wieże Fabryk mają opanowane do perfekcji. Prochu nikt tu nie wymyśla, ale poruszanie się w takiej stylistyce z taką swobodą to też sztuka. I w takiej formie Dym sprawdza się najlepiej. Szybka, konkretna szarża, bez kombinowania. Z własnym, z lekka nieociosanym i punkowym sznytem.