Debiut Khruangbin przynosi odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby Teksańczycy grali funk. Stop. To nieprawda. Teksasu w tej muzyce przecież nie ma. Co nie znaczy, że muzyczna zawartość The Universe Smiles Upon You nie stanowi ciekawego połączenia. Chociaż jak tak się zastanowić, to w Teksasie jest dużo słońca, prawda? Tak, to niezwykle słoneczna i pogodna płyta. Tezę z pierwszego zdania jednak udało się obronić.

Prawda jest taka, że inspiracje Khruangbin sięgają o wiele dalej niż lokalna scena. Nazwę zaczerpnęli z języka tajskiego i tłumacząc ją dość luźno, chodzi tutaj o latający silnik. Z motoryzacją brzmienie tria nie ma jednak zbyt wiele wspólnego, ma za to z tajskim funkiem lat 60-tych. Tak przynajmniej twierdzą jego członkowie. To nim, a także muzyką z filmów Quentina Tarantino i surf rockiem inspirują się Laura Lee (bas), Mark Speer (gitara) i Donald Johnson (perkusja).

I jakkolwiek w teorii brzmi to dość głupkowato, to faktycznie coś w tym jest. Sama struktura utworów jest dość luźna. To nie są piosenki na refren i kilka zwrotek. Bliżej tej muzyce do brzmień nieociosanych, nieprzetworzonych w pełne kompozycje, a po prostu niesionych swobodnie czy to przez fale, czy przez wiatr. Charakterystyczny, basowy groove towarzyszy nam praktycznie w każdym momencie, ale gitara jest już bardziej… bluesowa. I nieco surf rockowa. Przy okazji nigdzie się tu nikomu nie spieszy. Utwory rozwijają się powoli, co pozwoli się w nich zanurzyć, wyłapać poszczególne motywy, zagrywki, a nawet pojedyncze nuty.

To bardzo ciekawe połączenie, bo z jednej strony bujamy się w takt wygrywanego przez sekcję rytmu, a z drugiej po prostu wyluzowujemy. Nie nazwałbym tego muzyką tła, ale jej instrumentalny charakter powoduje, że spokojnie możemy skupić się na czymś innym. I za każdym razem, jak już myślami jesteśmy gdzieś poza krainą dźwięków wytworzonych przez Khruangbin, to nieoczekiwanie znów nas do siebie przyciągają. Brzmieniowy bumerang? Coś w tym stylu. W każdym razie zabawa nim nie wcale nie nudzi.