Rozmową z Adamem Piskorzem, muzykiem i tekściarzem takich grup jak Czechoslovakia, Gars czy Wow rozpoczynam nowy dział na blogu. Nosiłem się z tym od dawna, bo też i od zawsze interesowała mnie ta „druga strona” muzyki: to, co siedzi w głowie artysty, co popchnęło go do tego, by rozpocząć proces twórczy i czy tak jak i ja jest on poszukującym i aktywnym odbiorcą. Gdzieś już kiedyś napisałem, że ciekawsze od słuchania muzyki jest tylko czytanie o niej. Tak więc zapraszam do nowego cyklu, gdzie w kilku krótkich pytaniach będę próbował dowiedzieć się, co siedzi w głowie moich rozmówców.

P: Jaką rolę odgrywa w Twoim życiu muzyka? Jakie jest pierwsze związane z nią wspomnienie?

Muzyka to moje fatum. Prześladuje mnie, każe całe czas o sobie myśleć. Nawet nie słuchać tylko myśleć o niej i sprawach z nią związanych. Nowe sprzęty, nowe płyty do przesłuchania, nowe pomysły do zrealizowania, nowe zespoły do założenia. Można powiedzieć, że oddycham muzyką, ale nie wiem, czy bez niej nie byłbym przyjemniejszym i przede wszystkim spokojniejszym człowiekiem. To trochę jak wieczna gorączka. A pierwsze wspomnienie to pewnie kołysanki do snu śpiewane przez moich rodziców. W moim domu krąży taka anegdota: jak mama śpiewała mi i mojej siostrze kolejną kołysankę pewnej letniej nocy to powiedzieliśmy jej – mama, nie śpiewaj już, bo chcemy iść spać:) Pamiętam też grę ojca na gitarze przy ogniskach repertuaru turystycznego i kasetę z piosenkami z Akademii Pana Kleksa zajechaną na maxa.

P: Co było impulsem do tego, by ze słuchacza zamienić się w twórcę?

We wczesnej podstawówce przechodziłem okres fascynacji zespołem Queen, który zaczął się u mnie w 1991 roku od wiadomości w teleexpressie o śmierci Freddiego Mercurego. Wtedy zaczęło się udawanie Briana Maya z rakietą do badmintona w rękach. A pierwszy zespół założyłem krótko przed tym, jak kupiłem sobie pierwszą gitarę elektryczną w 8 klasie. Od początku od nauki grania ważniejsze było dla mnie granie w zespole i tak już zostało 🙂 Pierwszy koncert to kilka coverów Nirvany w pierwszej klasie liceum.

P: Czego aktualnie słuchasz? Czy ma to wpływ na komponowanie i jeśli nie, to co innego inspiruje Cię przy tworzeniu nowych dźwięków/tekstów?

Słucham wszystkiego, co wciąga mnie swoim klimatem. Nazwy, które pierwsze przychodzą mi do głowy to Teshome Wolde, Mako Sica, Lotto, Drake, Baton Rouge, Daitro, The Blaze, Big Brave, Pose, Luciano Cillo, Crew, Raphael Rogiński, Cosmic Psychos, Ingrina, Baxter Stockman, Nihiloxica, Patricia. Dużo męczę ostatnio dwa albumy Johna Frusciante. Solowo dużo bardziej do mnie trafia niż w RHCP. Bardzo emocjonalna muzyka. A jak ktoś mnie pyta, jacy są moi ulubieni artyści w ogóle, to obudzony w nocy odpowiadam, że Mordy i Kristen. Choć w jednym i drugim przypadku wolę starsze płyty. Oczywiście, że ma to wpływ, na to co sam chcę grać. Jednego dnia robię numer hip hopowy na samplerze, a drugiego wymyślam jakieś emo kawałki do Gars. Kopiuję pewnie nawet o tym nie wiedząc.

P: Jaki koncert zrobił na Tobie w ostatnim czasie (lub w ogóle) największe wrażenie?

Ostatnio mało chodziłem na koncerty z uwagi na posiadanie niezwykle ciekawego i zajmującego 2 latka w domu. Ogólnie to częściej jestem koncertami zawiedziony niż zachwycony. Nie lubię, gdy muzyka jest odgrywana na gigach bez żadnych zmian a tak dzieje się najczęściej. Poza tym preferuje małe koncerty klubowe mało znanych kapel. To może już hipsterka, ale wolałem np. koncerty Piernikowskiego z NaPszykłat i solowo dla 15 osób sprzed czasów hype’u na Syny 🙂 Choć oczywiście zespół genialny 🙂 Ostatnio dobrze bawiłem się na naszych lokalnych Where is Jerry. Kilka lat temu w gdyńskiej Anawie genialny gig zagrała Tesa z Łotwy. Mocna była Amen Ra na Assymetry we Wrocławiu i Swans w B90 w Gdańsku no i L’esprit du clan w Bydgoszczy. A top to koncerty Mord i Ścianki na początku lat 2000. Za czasów Płyty powalił mnie też gig Voo Voo w Sfinksie w Sopocie. Najbardziej lubię takie koncerty, które inspirują do robienia czegoś swojego.

P: Jeśli mógłbyś zmienić cokolwiek na obecnej, alternatywnej polskiej scenie muzycznej, co by to było?

Scena alternatywna, z tego co wiem, rozwija się ostatnio bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że przestałem za nią nadążać. Muzycznie coś się dzieje, trochę gorzej chyba z treścią. Brakuje tekstów, które by do mnie trafiały. Ogólnie wolałbym więcej treści mniej fajerwerków dookoła i promocyjnego pitolenia. Na scenie brakuje też luzu i dystansu. Wszyscy są strasznie profesjonalni a przez to trochę tacy sami. Brakuje mi dziwactwa z lat 90ych. Oryginalności po bandzie bez oglądania się na to, co powiedzą w środowisku. Taką odwagę prezentują np. Siksa i Pizdutski, a także Wczasy, które robią genialne filmiki – czasem lepsze od swojej muzy 🙂 Ale takiego bandu jak np. Starzy Singers obecnie nie słyszałem.

Męczy też nadprodukcja. Zespoły wypuszczają 3 płyty w roku, żeby być cały czas na językach, przez co muzyka czasem traci. Pewnie powinienem powiedzieć, że chciałbym aby więcej osób chodziło na koncerty, ale wtedy sam musiałbym wrócić do chodzenia na nie regularnie. Fajnie, że rolę recenzowania muzyki przejęły fanpage na fb, bo dzięki temu skończyły się czasy przepisywania notek prasowych i silenia się na obiektywizm. Jest więcej bezpośrednich wrażeń człowieka po przesłuchaniu danej muzyki. To dużo ciekawsze dla mnie jako czytelnika.

P: I pytanie kluczowe: hałasy czy melodie?

Melodia ukryta w hałasie i czasami wypływająca na wierzch, a potem znowu tonąca w hałasie.