Nie czuję się na siłach pisać dłuższej relacji, ale o tym koncercie coś po prostu TRZEBA napisać.

Sytuacja taka, że Lotto grało sobie w Ziemia i wzięło mnie kompletnie z zaskoku. Coś tam mówili, że będzie super i na tej podstawie poszedłem. I przyznam tu się, taki coming out, że ja Lotto lubię, w niektórych elementach nawet bardzo, no ale nie był to dla mnie na płytach taki fenomen o jakim wielu pisało. Stwierdziłem, że mam czas, że może dotrze bardziej albo i nie. Zresztą na żywo chciałem się skonfrontować, bo czasami to otwiera kilka drzwi w głowie.

I nie wiem czy oni tak zawsze, czy też trafiłem na jakiś magiczny moment, który zdarza się tylko w sytuacjach wyjątkowych jak, powiedzmy, dzień bez nadgodzin w robocie. W każdym razie stałem sobie w pierwszym rzędzie i na kilku(set) koncertach już byłem i nawet na takich, co polecali zatyczki wziąć, a jednak to Lotto rozjebało najmocniej. Kompletnie nie ogarniałem z czego oni generują te dźwięki, bo na efektach się nie znam, ale z kolei ich efekt był po prostu piorunujący. I jak na nienormalnego przystało, to chciałem więcej tego hałasu, więcej tych monotonnych zgrzytów, więcej tego pulsującego rytmu i tego idealnego synchro między muzykami. I jeszcze ta scena, a raczej jej brak – stałeś obok i czułeś się, jakbyś był tam w środku. Albo zupełnie gdzie indziej, zależy gdzie cię te dźwięki niosły. Mnie w pewnym momencie chyba na orbitę.

Wyszedłem i kompletnie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić i miałem dodatkowo wrażenie, że przez tydzień nie będę nic słyszeć. A dziś okazało się, że jednak mogę i dodatkowo słyszę w głowie pojedyncze elementy z wczorajszego koncertu. Ludzie, idźcie zobaczyć Lotto!