Dźwięki, te najlepsze z najlepszych, mają pewną cechę. I nie, wcale nie mówię tu o wysokiej jakości, bo to byłoby zbyt oczywiste. Muzyka najlepszego gatunku od tej rezydującej na niższych poziomach różni się tym, że jest niemalże nieopisywalna. Tak jakby wraz ze stworzeniem czegoś wyjątkowego nie dało się już tego zepsuć, choćbyśmy mocno próbowali. Słowa są przecież niedoskonałe, tak więc starając się opisać rzeczywistość, zawsze odbieramy jej trochę zjawiskowości. W przypadku Hours After to nie przejdzie. To zbyt dobre wydawnictwo.

Mimo tego spróbuję. Do Lotto mam stosunek emocjonalny. Wszystko zaczęło się od koncertu w grudniu 2018 roku, tuż przed festiwalem Spacefest, gdzie na terenach postoczniowych zadziała się magia. Potem byłem świadkiem ich czarów jeszcze kilka razy. Każde z tych spotkań było inne, choć równie wywracające moje pojęcie o tym, czym dla mnie osobiście jest muzyka. Ulotność pojedynczych występów była wręcz uzależniająca. Nie da się jej oddać na żadnym wydawnictwie, choć przecież trudno się o cokolwiek przyczepić do takich płyt jak Elite Feline czy VV. To jednak nie było to samo, przynajmniej nie dla mnie.

Czwartej dużej płycie Majkowskiego, Szpury i Rychlickiego najbliżej do ich koncertowych wcieleń z powodu emocji, jakie ze sobą niesie. To muzyka, której zwyczajnie nie chce się rozbijać na poszczególne części i analizować. Od pierwszych sekund otwierającego Lisa wciągnięci zostajemy w ten zardzewiały świat złożony z transowych powtórzeń i oddziałujących na zmysły, nie rozum, przygnębiających dźwięków. I nie ma znaczenia, czy grupa osiąga to za pomocą rozwleczonych, hipnotycznych partii (jak w Lisie właśnie), czy też momentów hałaśliwych, przypominających walkę o życie tytułowej ćmy w Moth. Nie jest to też kwestia środków, jakimi posługuje się w walcowatym, podbitym syntezatorami, klaustrofobicznym molochu (Verge) ani też w przestrzennym i leniwym, a przez to jeszcze bardziej niepokojącym finale (Casino). Hours After całkowicie pochłania uwagę, przykuwa do głośników i zadaje niewygodne pytania. Nie używając przy tym słów.

Najnowszy album Lotto to rzecz bardzo intensywna i w pewnym stopniu konfrontująca. Nie ma na niej pogodnych fragmentów. Nie ma też choćby strzępów melodii. Jest za to mnóstwo odcieni melancholii i świat widziany w ciemnych barwach. Czy tak wygląda rzeczywistość? Odpowiedzi poszukajcie w muzyce.

Bandcamp