Blokowisko – Płonie (2020)

Przed napisaniem niniejszego tekstu stwierdziłem, że powrócę raz jeszcze do debiutanckiej EPki Blokowiska (Blokowisko / 2018 r.). Ta zawierała cztery, bardzo zróżnicowane (choć spójne pod względem nastroju) utwory. Wyrokowałem wtedy, że grupa może swobodnie podążyć każdą ze ścieżek. Gdy odsłuchacie oba wydawnictwa, jedno po drugim, dojdziecie pewnie do tego samego wniosku, co ja. Duet nie zgłębił żadnego z zaprezentowanych wtedy brzmień, za to postawił na ich syntezę. Obie te płyty łączy też ten sam, duchologiczno-posępny klimat.

Narratorem Płonie jest postać przechadzająca się po mieście. Jednak jej celem nie jest centrum, nie są nimi też miejsca odwiedzane tłumnie przez turystów, a dusza (nomen omen) blokowisk. Miejsc zaciemnionych, niedostępnych dla tych, którzy miasto traktują tylko jako obszar, a nie jak żyjący, oddychający i mający własną osobowość organizm. Płonie może przez to przypominać nietypowe słuchowisko. Sposób prowadzenia historii pobudza wyobraźnię, a wykorzystane środki formalne, służące do zobrazowania brudnego, miejskiego krajobrazu, tylko wzmagają to wrażenie.

Sporo na płycie ambientu i „dłużyzn”, ale takich, które wzmagają imersję i wzbogacają opowieść zespołu. Maciej Jurga i Cezary Zieliński myślą tu o muzyce w sposób post-rockowy, unikając przebojowości, za to ozdabiając każdą z kompozycji dźwiękami przypominającymi odgłosy metropolii. Nie takiej w rozumieniu zachodnim, a metropolii swojskiej, naszej, wschodniej, gdzie nowoczesność tylko przykrywa brudne, ciemne bramy i odrapane mury starych, nieodnawianych od dziesięcioleci bloków i kamienic. Czuć to również w tych bardziej bezpośrednich, piosenkowych fragmentach, w których wychodzą na jaw inspiracje nie klasykami post-punkowej sceny, a naszymi rodzimymi przedstawicielami tego brzmienia sprzed kilkudziesięciu lat.

Lubię długie, nocne spacery po mieście. Lubię też patrzeć na znane mi miejsca z innej perspektywy. Jeśli macie podobne ciągoty, to Płonie na pewno Was nie zawiedzie.

Bandcamp