Też jestem z blokowiska. Szara płyta, brudne podwórka, sąsiedzi z problemami i pobliski „warzywniak”, gdzie kupowało się wszystko. Podobno pochodzę z niebezpiecznej dzielnicy, ale co to za niebezpieczeństwo, skoro znasz wszystkich agresorów i chodziłeś z nimi do klasy. W czapę mogłeś dostać, ale co najwyżej na innej dzielnicy. Od ludzi z innego blokowiska. Blokowiska, które wygląda i jest dokładnie takie samo, jak to twoje. A jednak „inne”.

Prawdziwych blokowisk już zresztą nie ma i wiedzą o tym Maciej Jurga oraz Cezary Zieliński, czyli twórcy opisywanego projektu. Zmieniły się w coś innego. Maciej śpiewa o tym zresztą w otwierającym, opartym na monotonnym beat’cie Blokowiska. Zapętlony wokal i coraz bardziej natarczywa elektronika to niezły patent na wyrażenie swojej złości. Przy tym wszystkim poziom taneczności pozostaje zachowany do końca. Choć tańczyć do tego w klubie nie będziecie; co najwyżej w szarym pokoju w równie kolorowym jak polskie, zimowe poranki bloku.

Ta szarzyzna oraz melancholia połączona z ironiczną tęsknotą za minionymi czasami przejawia się w klimacie całej EPki. Nawiązanie do zimnej fali i syntezatorowego post-punku lat 80-tych nie jest żadnym przypadkiem. Choć sami twórcy tych czasów nie pamiętają, to przecież autor tej recenzji też nie. Stąd wiem, że nostalgia jest tym większa, bo dotyczy czegoś, czego tak do końca nie znamy; czegoś wyidealizowanego, nieosiągalnego i w przewrotny sposób pięknego. Rzeczywiste wspomnienia nam tego nie zepsują.

Jurga i Zieliński wracają do tych miejsc, odkrywają je na nowo i wyciągają z nich muzyczną esencję. Smutek łączy się tu z apetytem na taniec, a piękne syntezatory wybrzmiewają na tle ponurych tekstów. Coś jak piękny zachód słońca nad blokiem z naprzeciwka, oglądany przez nieszczelne okno, gdy siedzisz sobie na obmierzłej kanapie ze swoim ukochanym pupilem na kolanach. Pięknie i brzydko zarazem. Swojsko.

Cała EPka dostępna na Bandcampie.