Bambara to trio. Mają na koncie kilka płyt, pochodzą z Athens w stanie Georgia, a ściany ich mieszkań wypełnione są plakatami Nicka Cave’a i Davida Eugene Edwardsa z Wovenhand. Ostatnio dorzucili do nich podobizny chłopaków z Get Your Gun. Co prawda teraz rezydują w Nowym Jorku, ale na najnowszym albumie wracają do znanych im miejsc. To w nich się wychowywali i nawet gdyby próbowali, to już od nich nie uciekną.

Zespół łączy ze sobą elementy psychobilly, rockabilly, garażowego grania, post-punka i noise rocka. Dużo? Najciekawsze jest w tym wszystkim to, że poprzez dodanie do siebie tak charakterystycznych brzmieniowych inspiracji, Bambara tworzy własny, ciekawy świat. A kolejnym paradoksem jest fakt, iż pomimo tak wielu gatunków, to świat ten jest niewielki. Mieścina raczej i to z niezbyt dobrą reputacją. Z lokalem z ujemnymi gwiazdkami Michelin.

Każdy z utworów to trochę inna historia ze wspólnym mianownikiem. Tym mianownikiem są zwykli ludzie, ich zwyczajne problemy i proste, nieskomplikowane życiorysy. Na co dzień towarzyszy im nastrój przygnębienia i klaustrofobii. Niby i nam jest tu ciasno, ale jakoś wyjść nie chcemy. Przecież kolejna kompozycja to kolejna opowieść. Czego tym razem się dowiemy? W tym zadymionym i przepełnionym zapachem taniego piwa miejscu ludzie są bardziej otwarci. To tu docieramy do sedna, to tu jest prawdziwe życie i rzeczywiste dramaty.

Takie, które rzucają cień na wszystko.