Słów kilka: W tym roku stuknęła im na scenie 30-tka. Oxbow to grupa założona w 1988 roku w San Francisco. Praktycznie od początku w niezmienionym składzie eksperymentują z hałasem i próbują na nowo stworzyć definicję noise rocka. Flirtują z muzyką klasyczną, jazzem czy bluesem i wieloma innymi gatunkami. Uciekają klasyfikacjom i nie boją się podejmować nowych wyzwań. W ich słowniku nie ma takiego słowa jak „bariera”. Siedem płyt na koncie, trasy z takimi składami jak Shellac, Melvins, Neurosis, Converge oraz współpraca ze Stevem Albinim czy Joe Chiccarellim. I o emeryturze nie ma mowy. Nadal chcą zaskakiwać, ale przede wszystkim – robić swoje. Tworzyć muzykę, nad określeniem której głowią się recenzenci.

Czego przesłuchać przed: Pozwólcie, że zacytuję sam siebie. Płyta Thin Black Duke z zeszłego roku trafiła do mojej listy albumów z tego okresu, do których wracam najczęściej: „Po dziesięciu latach milczenia Oxbow wydali wreszcie nowy album. Po takim czasie można było się zastanawiać, w którą stronę pójdą. Zubożą brzmienie w związku z koniunkturą na hałaśliwe granie? Może postawią na większą transowość? Albo wręcz przeciwnie – dodadzą więcej jazzowych elementów, które zawsze przewijały się w ich twórczości? Jednak jakkolwiek to nie zabrzmi, to Oxbow pozostali po prostu sobą. To dalej to samo, nieprzyjemnie chropowate granie, okraszone różnymi, wydawałoby się zmiękczającymi, a w praktyce tylko komplikującymi brzmienie, orkiestrowymi dodatkami, takimi jak pianino, dęciaki czy instrumenty smyczkowe. Dodajmy do tego kompletnie szalony wokal Eugene Robinsona, który w trakcie jednego utworu potrafi przekazać wszystkie możliwe do osiągnięcia dla człowieka stany emocjonalne, a dostaniemy Oxbow AD 2017. Zespół eksperymentów, dla którego dziwne, znaczy normalne.”

Must listen: Oxbow – Cold & Well-Lit Place

Czy to już symfoniczny noise rock? Oczywiście, że nie, ale elementy muzyki klasycznej od zawsze były obecne w twórczości Oxbow. Do tego ten niezrozumiały, raz płaczliwy, innym razem krzykliwy, płynnie przechodzący do szeptu i niezrozumiałych pomruków wokal. W tym wszystkim jest jednak metoda, bo pomimo tak nieprzystających do siebie elementów i aranżacyjnych eksperymentów to utwór, który zostaje w głowie. I mruczymy sobie go pod nosem razem z Eugene Robinsonem.

Dla zaawansowanych: Trylogia następujących po sobie płyt Serenade in Red, An Evil Heat i Narcotic Story wydaje się być wizytówką zespołu. Jeśli miałbym spośród nich wybierać, to wybrałbym ostatni. Nie tylko ze względu na intrygującą okładkę, której autorem jest Aaron Turner (muzyk Isis i członek wielu innych projektów), ale przede wszystkim zawartość. Korzenny blues zderza się tam z dekonstrukcją rocka i hałasem, stanowiącym kolejne stadium tego gatunku. Oprócz tego warto sprawdzić ich debiut pt. Fuckfest, by zobaczyć, jak długą drogę przeszli, by znaleźć się w obecnym miejscu. Choć i wtedy dało się wyczuć, że nie jest to kolejny, generyczny noise rockowy skład.