Słów kilka: Ojojoj. Trudno jest streścić historię The Brian Jonestown Massacre, ale spróbujmy. Grupa powstała w 1990 roku z inicjatywy Antona Newcombe. Anton jest multiinstrumentalistą, wokalistą, pomysłodawcą całego przedsięwzięcia i jedynym członkiem zespołu, który jest w nim od początku. Powiedzieć, że skład ulegał zmianom, to jak nie powiedzieć nic. Wystarczy tylko napomknąć o tym, że lista jego członków to osobny wpis na wikipedii. Jak już jestem na tej, bardzo przydatnej stronce, to dodam, że grupa ma na koncie w sumie 17 albumów, 5 kompilacji, 5 albumów koncertowych, 13 EPek, 16 singli i kto wie, co jeszcze. Sam bym nie dał rady tego policzyć. Nazwa wzięła się z połączenia imienia i nazwiska pierwszego gitarzysty Rolling Stones, Briana Jonesa, oraz miasta Jonestown, znajdującego się w Gujanie, gdzie w 1978 miało miejsce rytualne samobójstwo w którym zmarło 918 osób. The Brian Jonestown Massacre od początku swojej działalności eksperymentuje z formułą rocka psychodelicznego i shoegaze, dorzucając do tego wpływy muzyki świata i folku. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nich więcej, to polecam dokument pt. Dig! z 2004 roku, który opowiada o nich oraz o drugiej, równie ważnej dla tego gatunku grupie, czyli The Dandy Warhols.

Czego przesłuchać przed: Wszystkiego i to nawet na wyrywki. Ja jednak zacząłem swoją przygodę z The Brian Jonestown Massacre od albumu Give it Back! z 1997 roku. Wciągnął mnie od razu. Gdyby nie lekko podrasowana produkcja ówczesnych czasów, to muzykę, którą zawiera, bardzo łatwo można by pomylić z nagraniami któregoś z klasyków psychodelii lat 60-tych. To gitarowy, psychodeliczny pop w najlepszym wydaniu. Liczą się tu przede wszystkim: piosenka i dobra melodia. I nie ma znaczenia, czy brzmi to „mocniej”, jak w Satellite czy może akustycznie, z dodatkiem sitaru i kowbojskiego rytmu, jak w Malela. W obu przypadkach motyw przewodni po prostu zapada nam w pamięć. Drugą cechą tego albumu jest fakt, że powrzucane „od czapy” dźwięki zupełnie się ze sobą nie gryzą. Podstawą pozostaje groove, harmonie wokalne i poczucie tego, że muzyka zabiera nas ze sobą w podróż. Nie jestem w stanie stwierdzić, ile w tym wszystkim jest improwizacji, ale brzmi to wszystko tak, jak gdyby było jej tu całkiem sporo. Szczególnym przykładem jest tutaj ponad 8 minutowy Sue. Na przemian delikatny i dynamiczny, rozbuchany i skromny. Stanowi włóczęgę po wszystkich stylach muzycznych ocierających się o psychodelię i powoduje, że ma się ochotę po prostu zamknąć oczy, odpłynąć myślami gdzieś daleko i przefiltrować własną historię przez dźwięki, które płyną z głośników. Albo bujając się i chłonąc grę na harmonijce w (You Better Love Me) Before I Am Gone zastanawiać się, czy to już parodia, czy może raczej hołd dla takiego brzmienia? A takich smaczków, przemyśleń, odkrywania dźwiękowych ornamentów jest tu naprawdę sporo. I jest też dobra zabawa. Cała masa dobrej, nieskrępowanej zabawy.

Must listen: The Brian Jonestown Massacre – Anemone

Ten kawałek celnie obrazuje to, czym jest The Brian Jonestown Massacre. Wychillowana muzyka drogi; my w oldschoolowym aucie, we włosach lekki powiew wiatru, słońce pada na nasze ciemne okulary, w ręce papieros, a obok piękna dziewczyna/przystojny młodzieniec. To chwila, o której marzył/a zapewne każdy/a. Dobrze, że dzięki muzyce takiej jak ta, możemy się w niej znaleźć. Choć na troszkę.

Dla zaawansowanych: Jeszcze nie słyszałem słabej płyty w ich wykonaniu, choć nadal studiuję dyskografię zespołu. Nie znam wszystkich albumów, ale szczególnie polecam (w dalsze, muzyczne wojaże) takie krążki jak: Methodrone (1995), Take It From the Man! (1996), Their Satanic Majesties’ Second Request (1996), Aufheben (2012), Revelation (2014) czy Don’t Get Lost (2017). Pierwszy z nich to przesterowana  wycieczka w kosmos; drugi ma posmak garażu na dopalaczach; trzeci uważany jest za ich największe i najlepsze wydawnictwo; czwarty to powrót do kosmicznych rejonów, ale tym razem lecimy w małej, metalowej, dudniącej puszce; czwarty to powrót do klimatów neo-psychodelicznych; a piąty przynosi zwrot w stronę psychodelii spod znaku krauta. Idealnie skomponowany, pięciodaniowy posiłek.