Słów kilka: Jeśli otarliście się choć troszkę o neofolk (czy apocalyptic folk), to na pewno natrafiliście na Death In June czy Rome. To właśnie z połączenia tych dwóch nazw powstał pomysł na projekt Death In Rome. To jedna teoria. Druga to taka, że nazwa pochodzi od książki o takim właśnie tytule, której autorem jest Wolfgang Koeppen. Tytuł został wydany w 1954 roku w Niemczech i opowiadał o niemieckim społeczeństwie po II WŚ wraz z jej konsekwencjami. Abstrahując od tego, chyba nikt tak naprawdę nie wie, czy pierwsze przymiarki do tego, by coverować na neofolkową modłę największe hity ostatnich 30 lat to zwykły żart, manifest czy próba udowodnienia, że to po prostu możliwe. Death In Rome nie ułatwia też sprawy tym, że nie ujawnia personaliów członków grupy, a w wywiadach udzielonych przez samych siebie brzmi czasami aż nazbyt poważnie. Jeśli jednak jesteście ciekawi tego, jak brzmi „wojenna” wersja Pump Up The Jam lub Summertime Sadness, to nie powinno to mieć dla Was znaczenia. Zaspoileruję jedynie, że wersje te brzmią wspaniale.

Czego przesłuchać przed: Pamiętam jak dziś. Na Hitparade czekałem z wypiekami na twarzy. W międzyczasie grupa wrzucała niektóre z kawałków na youtube, a ja odsłuchiwałem je w nieskończoność. Miałem przy tym (głupie) poczucie, że zamiast słuchania tych hitów w ich normalnych wersjach, podczas zakrapianej imprezy, po której pozostaje nie tylko kac fizyczny, ale i tzw. moralniak, słucham ich w wersji „ambitnej”. Krótko mówiąc: miałem alibi na „repeat”. Będąc jednak całkiem szczerym, muszę przyznać, że wiele z tych utworów uwielbiam od zawsze także bez wspomagaczy. Pump Up The Jam, Careless Whisper, Take On Me, Wonderful Life czy What Is Love to po prostu świetne, popowe piosenki. Mniej mi po drodze ze współczesnym popem, ale Death In Rome dokonali na Hitparade niemożliwego. Zupełnie odczarowali głupkowate Diamonds, zmienili znaczenie hymnu depresyjnych trzynastolatek, zasłuchujących się w Summertime Sadness i dodali powagi plastikowej i niepoważnej w swoich założeniach Barbie Girl. Hitparade śmieje się z siebie, ale śmieje się też ze swoich słuchaczy. Grupa udowadnia, że grając w sposób „mroczny”, „alternatywny” i „niezależny”, można sięgnąć tak naprawdę po najbardziej znienawidzone przez odbiorców takiej muzyki utwory. A ci będą słuchać, reinterpretować ich znaczenie i świetnie się przy nich bawić. A fakt, że przy okazji wnieśli sporo świeżości do neofolkowej stylistyki? Tym lepiej, bo i z tą mi po drodze. Można się z Death In Rome śmiać, można analizować, ale chyba po prostu lepiej posłuchać. Ta konwencja w końcu się znudzi – nam albo im, ale póki im to wychodzi, to cieszę się z każdego, nowego-starego przeboju.

Must listen: Death In Rome – What is Love

To był chyba pierwszy utwór, który usłyszałem w ich wykonaniu. I zakochałem się od razu. Równą estymą darzę oryginał, więc pewnie domyślacie się w jakim byłem szoku, gdy usłyszałem tę wersję. Z wesołości oryginału nie pozostało tu nic. Pojawia się za to niepokój wzmocniony głośnymi bębnami oraz podkreślony akustyczną gitarą i brzmieniem instrumentów smyczkowych. A fragment tekstu „baby don’t hurt me, don’t hurt me, no more” z imprezowego wyznania zamienia się w wołanie o pokój i zaprzestanie wojny.

Dla zaawansowanych: Zespół nagrał też drugą płytę w takiej samej konwencji. V2 z tego roku to więcej tego samego, więc jeśli Wam mało, to sięgajcie śmiało. Moim skromnym zdaniem wybór piosenek w tym przypadku nie jest aż tak fortunny, jak na debiucie, a od tego jednak sporo w takiej zabawie zależy. Choć to nadal dobra płyta. Sprawdźcie też ich oficjalny kanał na youtube, bo Death In Rome zdarzyło się nagrać kilka coverów, które nie weszły na żaden z albumów. Wśród nich są m.in. Rhythm Is a Dancer, Dirty Diana czy Last Christmas.

Gdzie i kiedy: Piątek, 23.30, Slipway Stage