Nieco rozczarowany ostatnim albumem Alice in Chains (nie jest zły, ale chłopaki zmiękli) znalazłem sobie godne zastępstwo w postaci polskiego Only Sons. To był dobry wybór, a przy okazji okazało się, że zespół ten to jednak coś więcej niż kopia grupy z pochmurnego Seattle. Szczególnie, gdy spojrzeć na nazwiska muzyków go tworzących i skojarzyć je z innymi ich projektami.

Only Sons nie kryją inspiracji latami 90-tymi. Już w samym opisie zespołu można wyczytać, że ta właśnie dekada kręci ich najbardziej. I to słychać. Melodyjny, ale zachrypnięty wokal jest; brudne, trochę stonerowe, a trochę hard rockowe brzmienie też na miejscu. Do tego grunge’owe niechlujstwo, southern metalowe wtręty i przede wszystkim rock ‘n’ roll bez zbytnich udziwnień i wymysłów. Wszystkie patenty z tego okresu mają w małym palcu.

Mieszają je w różnych proporcjach, wybierają te najciekawsze i to z nich właśnie złożona jest Love, Drugs, Treachery and Deceit. Zwolnienia i przyspieszenia w Snowfall, Cantrellowy, gitarowy ciężar w 30 Silver Coins czy River of Waste, doomowe dodatki w tymże oraz „metalowa, teksańska ballada” Song for M robią robotę. Budzą wspomnienia, ale co najważniejsze – są po prostu dobrymi, zapadającymi w pamięć kompozycjami. To EPka będące swoistym best offem minionych gatunków. Dla głodnych grania spod znaku Down, Alice in Chains, Black Label Society czy Corrosion of Conformity jak znalazł. Ja się do nich zaliczam, więc gęba się cieszy. I podobnym tenże materiał polecam.