Pewnie gdybym poznał tę płytę wtedy, kiedy wyszła, czyli w 2010 roku stwierdziłbym: kurczę, toż to nowa nadzieja post-punka!. I wiecie co? Teraz każdy miałby ze mnie bekę.

Ja sam też bym się pośmiał, ale to byłby raczej rechot zrodzony z rozpaczy, bo Cold in Berlin mieli na tej płycie wszystko, żeby przebić się gdzieś dalej, wyważyć kilka drzwi i wskoczyć do ligi, w której grają takie Protomartyr, Savages czy Soft Kills. Jednak po trzech płytach skład ten do najwyższej klasy rozgrywkowej nie wskoczył i raczej nic nie zapowiada tego, że ma na to szanse. Aczkolwiek nigdy nie mów nigdy (żebyście się potem ze mnie nie śmiali, gdy jednak tak się stanie!).

Na Give Me Walls w każdym bądź razie Cold in Berlin brzmią naprawdę konkretnie. Kipią energią od pierwszej, do ostatniej minuty tego wydawnictwa i nie znają konceptu odpoczynku. Największa w tym zasługa Mayi, wokalistki, przy której taki Iggy Pop wydaje się być zwierzakiem w pełni udomowionym. Maya krzyczy, szepcze, wypluwa z siebie słowa, miauczy i co tam jeszcze sobie wymarzycie.  Przez cały ten czas dotrzymuje tempa gitarom, które tną aż miło. Zespół lubi bawić się w podchody: buduje klimat poprzez spowolnienie sekcji, by zaraz podkręcić tempo i, jak to mawiają wszyscy poważani przez nas dziennikarze, dać czadu.

Dobra, przyznaję. Trochę popłynąłem. Tak jednak działa muzyka Cold in Berlin, słowo daję. Dodaje niesamowitej ilości energii, która wręcz roznosi. Give Me Walls to muzyka idealna w momencie, gdy potrzebujemy dodatkowej motywacji lub „podładowania” akumulatorka. Inertia, Destruction, Break My Bones czy Powerful Woman mają moc większą od najlepszego, dostępnego na rynku energetyka. Be Power to przy nich soczek dla niemowląt!