No to caco to zapis koncertu, jaki dało trio 28 października 2017 roku w Sopockim klubie Sfinks700.

No toca Co (Intro podpowie Wam, jak czytać tę nazwę) skłonnością do improwizacji połączyli na nim rockową psychodelę z yassem. Jak na złość wydają się jednak trzymać mocno na wodzy; nie odlatują za horyzont, a dryfują gdzieś w jego pobliżu. Sprawiają wrażenie marzycieli, ale zaraz okazuje się, że mocno stąpają po ziemi. Trzymają nas w napięciu, bo gdy wydaje się, że zaraz porwie ich psychodeliczna faza, to oni spokojnie grają swoje, nie odrywając stóp od podłogi.

Muzycznie jest ciekawie, bo wyruszając w tę podróż i zbierając drużynę, grupa spakowała się perfekcyjnie. Podstawą ich egzystencji jest bas, który wywija fikołki w różne strony: funkowo-taneczną (Lampo, Szaman), nastrojowo-powolną (Ciałko), a nawet lekko mroczną-nowofalową (Bierz). Tempa dorównuje mu perkusja; odpowiednio stonowana tam, gdzie trzeba (Noein), ale z perspektywami na karierę sprintera wtedy, gdy wymaga tego sytuacja (Mrok fok). Wokół tego orbitują dźwięki wydobyte z saksofonu. Czasem nieśmiałe jak w Cfaniaku, a innym razem frywolne jak w Lampo. W ekwipunku jest też elektronika, której No toca Co używają z wyczuciem.

Całe to powyższe wyposażenie sprawia, że No to caco to bardzo ciekawa wyprawa. Zespół jest dobrze spakowany i idealnie wyważył elementy beztroskiej przygody z rzetelnym przygotowaniem do tejże. Pozostaje tylko czekać na przygodę studyjną.

A cała płyta do odsłuchania na Bandcampie.