Kiedyś, dawne dzieje, miałem kolegę, który lubił fast foody. Frytki belgijskie w tamtym okresie to była nowość, a ten kolega lubił kuchenne innowacje, więc musiał spróbować. Pytam go, czy dobre. On, że super i czy jadłem kiedyś frytki z majonezem, bo to najlepsze połączenie na świecie.

Z majonezem?! Nie no, frytki to tylko z Włocławkiem. Majonez to do jajek na Wielkanoc, chłopie.

Oczywiście następne frytki, cichaczem, zjadłem z majonezem. I to jest najlepsze połączenie na świecie. To, że potem dodawałem majonez wszędzie, to już inna sprawa, ale na razie zostańmy przy samych frytkach.

Jak to się ma w ogóle do True Widow? A no tyle, że połączenie stonera z shoegazem wydawało mi się właśnie takimi frytkami z majonezem. Bezsensownym miksem. Zamulającym strasznie, wysokokalorycznym i niestrawnym. A po przesłuchaniu debiutu grupy ja chcę smakować więcej stonegaze’ów.

Czy True Widow zamula? I to jak. Czy podskórnie wzrasta poczucie irytacji, bo mogliby w końcu przyspieszyć? Troszkę. Powtarza motywy do znudzenia i bawi się jedną nutą? A jakże! Robi to jednak w taki sposób, że chce się więcej.

Tempa są powolne, utwory na pierwszy rzut oka podobne, ale im dalej w to brzmienie, tym bardziej chce się w nim tkwić, smakować i obcować. Jednym słowem zespół autentycznie uzależnia. Główka się kiwa, noga tupta, ale wszystko to dzieje się jakby w spowolnionym tempie. Odprężenie i wyluzowanie gwarantowane.

A Wy, z czym jecie swoje frytki?