Na swoim pierwszym wydawnictwie projekt Byty romansuje z nu-jazzem i trip-hopem, a efektem tego jest muzyka przystępna i bardzo filmowa.

Film to trochę pokręcony, bo już samo intro (Dingo) zapowiada gatunkowy miszmasz w postaci psychodelicznego kina drogi. Sielankowy nastrój zmienia się tu jednak w pewnym momencie w poważniejszą fabułę. Jaśniejszy filtr zaczyna powoli ustępować kadrom skąpanym w czerni. Główny wątek zagęszcza się i zaczyna niebezpiecznie balansować na granicy horroru i … baśni (30.10). Końcówka przypomina już rasowy thriller. Wzrasta napięcie, rytm dyktuje dynamikę, nie brak tez zwrotów akcji (Tutka). Szybko jednak udaje nam się dojrzeć sedno, zinterpretować dźwiękiem malowane obrazy i odkryć tajemnicę.

Fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się skomplikowana, to tylko pozory. To film łatwy i przyjemny w odbiorze. Choć nie do końca, bo przy kolejnych seansach potrafi zrodzić w głowie nowe interpretacje.

Całość dostępna też na Bandcampie.