Burning Sea to płyta wyjątkowa w dorobku Daniela Spaleniaka. Praktycznie pozbawiona wokalu, stanowiąca zbiór utworów, które zostały stworzone na przestrzeni 4 lat z myślą o filmowych obrazach. Nie jest to soundtrack, nie jest to też regularna płyta, nie traktowałbym też tego albumu jak zbioru odrzutów z sesji nagraniowych. To muzyka pozbawiona charakterystycznego głosu, jakiego posiadaczem bez wątpienia jest Daniel, ale poza tym zawierająca wszystkie elementy jego stylu.

Elementy te objawiają się bardziej samym nastrojem, który i tutaj przywodzi na myśl jakieś odosobnione miejsce na Ziemi. W każdym dźwięku wybrzmiewa też melancholia, a poszczególne utwory opowiadają nam jakąś historię. Tym razem jednak, zamiast skąpanego słońcem południa, Spaleniak zabiera nas w chłodniejsze i mroczniejsze rejony. Na taki odbiór zawartości tej płyty ma wpływ także to, że każda z kompozycji wydaje się niedokończona. Tak jakby poszczególne, muzyczne opowieści, skrywały w sobie tajemnice nie do odkrycia i urywały się przed samym finałem.

Nie wiem, czy to pojedynczy eksperyment, ale mnie Burning Sea bardzo przypadł do gustu. Śledzę i lubię twórczość Spaleniaka od samego początku (od 2014 roku i jego występu na festiwalu Soundrive). Cenię go za to, że swoim głosem otwiera zupełnie nowe światy. Tym razem udało mu się to samo, tylko że zrobił to za pomocą samych dźwięków. A to, że nie poznam każdego z tych światów w pełni, wcale mi nie przeszkadza. Nie każda historia musi mieć swój koniec; resztę dopowiedzieć możemy sobie sami.