Mieszkając w domu rodzinnym las miałem pod ręką. Wystarczyło zaledwie kilkadziesiąt metrów i oczom ukazywał się on: piękny, rozległy, tak niepodobny do wylanych asfaltem ulic i będący przeciwieństwem miejskiego hałasu. Był dla mnie drogą do szkoły, był też sposobem na spędzanie wolnego czasu. Stanowił wyzwanie, bo zdarzało się też tak, że zimową porą niewielka górka zmieniała się w trudny do zdobycia szczyt. Potrafił też przestraszyć. Szczególnie nocą, bo i takie eskapady uskutecznialiśmy wraz z przyjaciółmi, poddając treningom naszą odwagę. Do tego przyciągał dźwiękami na co dzień nieznanymi i intrygującymi. Śpiew ptaków, szum wiatru i unoszących się na nim liści, a także małych zwierząt przemierzających listowie. Wszystko to przynosiło odprężenie i wewnętrzny spokój. Czy leśne techno Janusza Jurgi wywołuje ten sam efekt?

Jak najbardziej. Jurga na swoim drugim, solowym albumie wręcz idealnie wpasował się w ten oniryczny, trochę niepokojący, ale przede wszystkim relaksujący i pozwalający na oddech pełną piersią klimat pobliskiego lasu. Muzyka płynie wolnym tempem, zgłębiając wszystkie leśne zakamarki, ale nie jest przy tym intruzem. Odpręża w pełni i stanowi trochę dziwaczne, acz naturalne dopełnienie leśnej symfonii dźwięków. Ptaki czują się tu jak u siebie, woda w czystym strumyku płynie bez żadnych przeszkód, a wiatr zahacza o elektronikę i zdaje się porywać ją do tańca. W trakcie odsłuchu HYPNOWALD jesteśmy w centrum tej krainy. Mamy ochotę przystanąć na chwilę, nasiąknąć sielskością i pogrążyć się w odkrywaniu pojedynczych dźwięków.

Nie wymaga to od nas dużego wysiłku. Muzyka znajduje się bowiem zarówno w nas, jak i gdzieś z boku. Pozwala odpocząć, ale też intryguje. Tak jak ten pobliski, piękny las sąsiadujący z gwarem ulic.

Płytę można zakupić na Bandcampie.