Najpierw był świetny singiel, który wyszedł w ramach labelu Trzy SzóstkiOczekiwanie na długogrający debiut umilała myśl, że Cudowne Lata uda mi się zobaczyć i przede wszystkim posłuchać ich (niewydanego jeszcze wtedy) materiału na OFFie. Koncert bardzo mi się podobał, tak samo zresztą, jak wydana niedługo później płyta pt. Kółko i krzyżykPotem złapałem Anię Aminę na ich gdańskim koncercie (wraz z Wczasami) w Ziemi. Stopień porozumienia między nimi na scenie był na naprawdę wysokim poziomie. Nie zabrakło też emocji, przez co materiał z ich pierwszej płyty zabrzmiał tego dnia w pełni swojego potencjału. To po prostu piękne piosenki, które budzą we mnie wiele bardzo przyjemnych skojarzeń z czasami dzieciństwa i towarzyszącej temu okresowi beztroski. Bardzo miłe było też spotkanie pokoncertowe, bo dziewczyny okazały się tak samo sympatyczne, jak ich kompozycje. Ten fakt potwierdza zresztą poniższy wywiad, który korespondencyjnie udało mi się przeprowadzić z wyjątkowym duetem – na scenie i w życiu prywatnym – czyli Anią Włodarczyk i Aminą Dargham.

Pytanie: Jaką rolę odgrywa w Waszym życiu muzyka? Jakie jest Wasze pierwsze, związane z nią wspomnienie?

Ania: Muzyka to dla mnie super towarzyszka do różnych chwil, a dzięki robieniu muzyki i występom czuję, że żyję.

Wspomnienie: piosenka Limahla Never Ending Story. We wczesnej podstawówce nagrywałam się też na magnetofon – słuchałam na walkmanie Whitney Houston i śpiewałam swoje wersje w dziwnym języku, starając się ją oczywiście naśladować. Mam tą kasetę BASF do dziś i nadal działa.

Amina: Muzyka to dla mnie soundtrack do życia i sposób na wyrażanie siebie.

Wspomnienie: moja babcia miała w domu gitarę akustyczną marki Defil, która wisiała na ścianie. Była na niej naklejka ze Speedym Gonzalesem. Rodzina opowiadała, że jak byłam kilkulatką, to wpatrywałam się w tę gitarę tak gorączkowo, że w końcu pozwolono mi na niej pobrzdąkać. Później jako nastolatka przejęłam tę właśnie gitarę i napisałam na niej mazakiem list pożegnalny Kurta Cobaina przetłumaczony na język polski.

P: Co było impulsem do tego, by ze słuchaczek zamienić się w twórczynie?

Ania: Gdy miałam 21 lat, spędziłam wakacje u koleżanki w Belgradzie. Miała kolegów raperów  – poszłyśmy do nich na imprezę, która przerodziła się w spontaniczną, całonocną sesję nagraniową moich wokali do ich kawałków. To były czasy raczkującego internetu i niestety nie wiem, czy to w ogóle gdzieś się kiedykolwiek ukazało, ale było super przygodą. Później, jakoś w 2007 roku, kupiłam sobie pierwszą gitarę elektryczną i uczyłam się grać z youtube’a. W tym okresie bardzo chciałam mieć zespół i im więcej chodziłam w Warszawie na koncerty do przeróżnych klubów, poznając muzykujących ludzi, tym bardziej czułam, że w końcu i ja będę mieć kapelę. Cudowne Lata dodatkowo są dla mnie ważne o tyle, że znałam Aminę kilka lat, zanim zaczęłyśmy być parą i zawsze podziwiałam jak gra na gitarze i marzyłam o tym, by z nią muzykować.

Amina: Od dziecka chciałam być gwiazdą rocka [śmiech]. Rodzice nawet się z tego cieszyli i zapisali mnie do konserwatorium na gitarę klasyczną, myśląc, że tak mi pomogą. Potem życie zweryfikowało te plany, ale zawsze muzyka była dla mnie jakimś elementem tożsamości. Miałam 15 lat, gdy zaczęłam uczyć się grać na pierwszej gitarze elektrycznej (o nazwie ZZ Top – podróbka Stratocastera) piosenek Nirvany. Puszczałam sobie kasetę i ze słuchu starałam się odtworzyć akordy. Czasami kaseta zwalniała, więc i dźwięki się nie zgadzały. Wtedy też zaczęłam grać z kolegami za pieniądze w klubach w Bejrucie – to były takie typowe coverbandy. Dopiero w Krakowie na studiach zaczęłam grać własny materiał. Dzięki Ani na nowo poczułam sens i frajdę z grania.

P: Czego aktualnie słuchacie? Czy ma to wpływ na proces komponowania i jeśli nie, to co innego inspiruje Was przy tworzeniu nowych dźwięków/tekstów?

Ania: Mnie oczywiście inspiruje to, czego słuchałam i słucham. Przez ostatni rok często wracałam do Sade, dwóch pierwszych albumów Whitney Houston, The Style Council, Tears for Fears, TOPS, Weyes Blood, albumu Aleja Gwiazd Zdzisławy Sośnickiej, Urszuli, płyt Krystyny Prońko i Andrzeja Zauchy. Aktualnie słucham nowego albumu Enchanted Hunters, który bardzo mi się podoba. Jest inspirujący i  pełen pięknych melodii. Poza tym Sasami, artystki Shura, Madliba. Wracam też do albumów Black Star, Taliba Kweli i Guru Jazzmattaz vol.2. Eksploruję przy tym serwis internetowy whosampled.com. i trafiam tam na niezłe perełki.

Amina: Inspiruje mnie bardzo gitara Prince’a, a ostatnimi czasy w szczególności album Diamonds and Pearls. Również albumy zespołu Heart z lat. 80. są moją wielką miłością od najmłodszych lat. Tak samot Madonna – zrobiłam sobie niedawno powtórkę jej wczesnych płyt. Ostatnimi czasy słuchałam na okrągło pierwszego albumu duetu Wendy & Lisa. Do niego porównały nas dziewczyny z zespołu TEEN (grałyśmy przed nimi w Warszawie we wrześniu 2019). Wspaniała, pełna pięknych gitarowych melodii muzyka. Bardzo lubię też ostatnią płytę The Saturday Tea i często wracam do Rosy Vertov. Nie zawsze jednak na słuchanie muzyki mam tyle czasu, ile bym chciała. Ania pomaga mi to nadrobić. Na co dzień dużo pracuję i słucham głównie dźwięku maszynek tatuatorskich (śmiech), a także muzyki, którą moi współpracownicy puszczają w studio – np. Electric Wizard i różnych innych, stonerowych kapel.

P: Jaki koncert zrobił na Was w ostatnim czasie największe wrażenie?

Ania & Amina: Weyes Blood w kwietniu w Berlinie. Uwielbiamy tę artystkę i na żywo też nas zachwyciła. Poza tym Król – super kompozycje, teksty i energia sceniczna; Courtney Barnett – inspirująca gitarzystka oraz Black Lips – za dzikość serca J

P: Jeśli mogłybyście zmienić cokolwiek na obecnej polskiej, niezależnej scenie muzycznej, to co by to było?

Ania & Amina: Nie czujemy się za bardzo analityczkami sceny. Ogólnie z naszego doświadczenia wynika, że dobrze byłoby, aby muzyka z alternatywnej sceny była wspierana, dotowana, promowana przez media głównego nurtu (np. grana w radiu), prezentowana na festiwalach i imprezach, tak, aby mogła dotrzeć do jak najszerszego grona osób. Wierzymy w słuchaczy i słuchaczki i różnorodność gustów, natomiast zdajemy sobie sprawę, że czasem niełatwo natrafić na coś, bo nie jest  to dostatecznie widoczne bądź promowane.

P: I pytanie ostatnie, kluczowe: hałasy czy melodie?

Ania: Melodie jako słuchaczka i osoba muzykująca. Jednak dla mnie muzyka to także odwiedzanie miejsc związanych z miejską kulturą niezależną. Na takich eventach nie pogardzę najbardziej hałaśliwą czy eksperymentalną muzyką.

Amina: Hałas przesterowanej i sprzęgającej gitary – zawsze. Ale podobnie jak Ania – jako osoba układająca piosenki preferuję melodie. A ostatnio w okresie zimowym towarzyszą mi melodie do spania i żadne hałasy nie są wtedy wskazane J

Bandcamp 1

Bandcamp 2

Facebook