The Chats to przykład zespołu, który bardziej chciałem polubić, niż faktycznie lubiłem. Single mieli świetne, ale wydane na przestrzeni kilku lat EPki, których w sumie dostaliśmy trzy, nie do końca mnie przekonywały. Przyszedł czas na debiut i ostateczną odpowiedź na pytanie, czy coś z tego będzie. Będzie!

Gwoli doprecyzowania dodam jedynie, że przebłysk tego, że zespół może spełnić pokładane w nim przeze mnie nadzieje, przyszedł już na początku tego roku. Ostatnie krótkie wydawnictwo pt. The Clap było zdecydowanie ciekawsze i pozostawiało niedosyt. Materiał ten wszedł zresztą w całości w skład High Risk Behaviour i uważam to za dobry ruch. The Chats stawia bowiem na krótkie, niespełna dwuminutowe garażowo-gitarowe strzały. Mamy więc 14 utworów w niespełna 28 minut i pod tym względem grupa przypomina trochę takie projekty jak Guided By Voices czy Sebadoh.

Australijczycy mają jednak więcej luzu. Niby to cały czas punk z przesterowanymi solówkami zajmującymi sporą część aranży i produkcją za kilka dolców, ale dzięki dwóm gitarom, gdy ta jedna hałasuje, dźwięk drugiej (basowej) dryfuje sobie spokojnie na falach któregoś z otaczających ojczyznę muzyków oceanów. Efekt tego taki, że wściekłość i brud zastępują tu groove i umorusanie. Pędzimy przez kolejne, najeżone specyficznym poczuciem humoru piosenki, przez które przewijają się takie tematy jak picie, kac, picie, gorąc, seks, picie, biegunka i w pewnym momencie ani się obejrzymy, a jesteśmy w samym środku tej nieskrępowanej, wakacyjnej, nieco tylko dziwnej zabawy. Naładowani pozytywną energią i beztroską, radośnie kultywując zbawienną dla psychiki prokrastynację, śpiewamy z zespołem te ich nośne refreny jeden po drugim.

Bandcamp