100 albumów, które musisz posłuchać przed śmiercią #46 / Eminem – The Marshall Mathers LP (2000)

Jeśli byliście nastolatkami na przełomie wieków, to na pewno słuchaliście go i to w ilościach hurtowych. A i bardzo prawdopodobnym jest, że byliście w kinie na pewnym filmie opartym częściowo o jego biografię. Dziś w cyklu „100 albumów, które musisz posłuchać przed śmiercią” wracamy do wydanej w 2000 roku The Marshall Mathers LP Eminema.

Czy znałem wcześniej?

Trudno przekazać młodszym (heh, ale ze mnie boomer), kim dla dzieciaków wychowanych w Polsce we wspomnianym okresie był Eminem. Właściwie to słuchało się go non stop i to nie dwóch, trzech kawałków, a wielu kompozycji wydawanych na przestrzeni kilku dobrych lat. Ba, to były jedne z pierwszych płyt odsłuchiwanych przez młode, lokalne umysły w całości. I to w czasie, gdy kształtował się nasz muzyczny gust. Nie dziwota, że polscy millenialsi nie są normalni.

Właśnie, bo pamiętam po sobie samym, że jak już sięgnąłem po opisywaną tu dziś płytę, to zdziwiłem się, jak mroczna i porąbana jest to muzyka. Single nie do końca oddawały ten pokręcony klimat całości. W dodatku gdy już podrosłem i zacząłem tłumaczyć sobie teksty, to aż włosy stanęły mi dęba. No, prawie.

W każdym razie Eminema znał i słuchał wtedy każdy. W tym niżej podpisany, który specjalnie na tę okazję zaopatrzył się w telefon Nokia 5510. 64 megabajty pamięci to nie były przelewki: można było wgrać w urządzenie kilkanaście wspaniałej jakości mp3. Tak pomiędzy 96, a 128 kbps.

Ogólne spostrzeżenia

Wróciłem dziś to tej płyty po wielu latach. Serio, minął konkretny szmat czasu. Jestem mądrzejszy o tysiące innych albumów, które przesłuchałem. Pełen konkretnych doświadczeń życiowych. Słowem: zupełnie inny, już od dawna dorosły ze mnie człowiek. Jak ten fakt ma się do tego materiału?

A ma się tak, że i dziś pamiętam niektóre teksty w całości. Przy okazji z nieukrywaną radością odkryłem, że The Marshall Mathers LP to nadal znakomita rzecz.

I może to nostalgia, bo w głowie wyświetlają się konkretne wspomnienia w postaci pierwszej bluzy z kapturem, którą dostałem na któreś urodziny; brudnej okolicy, w której mieszkałem i o której każdy mówił, że jest niebezpieczna, a dla mnie ona była „moją” i nie zamierzałem się za nią wstydzić; poczucia odosobnienia i przekonania, że dorośli w ogóle nie kumają, o co mi chodzi. Oczywiście wszystkim tym sytuacjom towarzyszyła muzyka Eminema.

W jakiś sposób udało mi się wyjść, przynajmniej taką mam nadzieję, na całkiem wartościowego człowieka i co prawda nie pójdę tak daleko i nie stwierdzę, że to zasługa The Real Slim Shady. Nie, to byłaby przesada, ale trochę pomocy na różnych etapach życia od muzyki mi się przydało. I cieszy mnie to, że wśród tych wspomagaczy była tak dobra płyta, jak The Marshall Mathers LP.

Czy będę wracać?

Tak! Robię sobie tydzień z Eminemem!

Alternatywa

Alternatywy dziś nie będzie. Zdaniem niżej podpisanego The Marshall Mathers LP broni się i dzisiaj, ale czy to prawda, czy projekcja – trudno mi powiedzieć. Choć zrozumiem, jeśli obecna młodzież tego fenomenu nie skuma.