Najprościej rzecz ujmując, jeśli ktoś lubi tzw. klasykę i to tym bardziej w wydaniu post-punkowym, to nie wierzę, że nie wyszedł z tego koncertu bardziej niż zadowolony. Stylistycznie to była właśnie taka bezstresowa, nieco nostalgiczna, ale generalnie mocno wspominkowa wariacja na temat brzmienia i czasów minionych. I naprawdę daleki byłbym od zarzutów odnośnie tego, że zespół nie próbował i nie próbuje jakoś specjalnie patrzeć w przyszłość. To co nagrał wielkiego, to już za nimi (zresztą w zupełnie innym składzie), a teraz czas na to, by nieco się tą muzyką pocieszyć.
Z tym że nie mylmy takiego podejścia z typowo zarobkową motywacją do grania. Oczywiście tej nie znam, ale nawet jeśli to ona napędza kolejne trasy PiL, to na scenie na pewno tego nie czuć. Każdy z utworów został zagrany na sporej zajawce i w tym przodował gitarzysta. Gość totalnie pogrążony w swoim świecie, ze swoją dziwną odmianą gitary (długi i cienki gryf, a pudło jak z banjo) [okazało się, że ten instrument to Saz – dopisek w edycji] rzęził przepięknie. Złapałem się na tym, że za taki rodzaj grania pokochałem post-punk. Gitara była totalnie obok, wyczyniała jakieś fikoły i przestery, a jednocześnie wcale nie walczyła z bardzo wyraźnym, dubowym rytmem. Ten z kolei brzmiał jak definicja chillu i braku spiny, co zdecydowanie pomogło w tym, by faktycznie czerpać przyjemność z tego koncertu.
Nie znaczy jednak, że ten nie był na poważnie. Trochę trudno mi się rozwodzić nad wokalem Lydona, bo to jaki jest, każdy słyszy. Natomiast w swoich kategoriach lider obecnego wcielenia PiL był w naprawdę wysokiej formie. Oczywiście sposób śpiewania w jego wykonaniu jest na tyle „osobny”, że w kilku miejscach mógł tak naprawdę wyśpiewywać nam wszystkim na ten przykład skład płynu do mycia naczyń i nikt by się nie pokapował, ale w kontekście całości taki rodzaj ekspresyjnej melorecytacji jak najbardziej pasował. Do tego sam Lydon bawił się w szamana tego spektaklu i to z całkiem niezłym powodzeniem. Klasa. Przynajmniej na scenie.
Najlepszym momentem był dla mnie bardzo KillingJoke’owy, zdecydowanie cięższy niż na płycie i bardzo transowy Warrior oraz wiadomo – zwieńczenie w postaci medleyowego wykonania tryptyku Annalisa / Attack / Chant. Tutaj było czuć powagę i łatwo było przypomnieć sobie, czemu PiL to tak ważny zespół w kontekście budowania sceny. Na minus? Chyba tylko mało madchesterowski, bo tak postrzegam ten utwór na płycie, This Is Not a Love Song. Oprócz tego jednak uwag negatywnych nie mam.
Cieszę się, że jest jeszcze szansa złapać takie nazwy i to będące w dobrej formie. Nie tylko nie było żenady, ale po prostu – było bardzo dobrze.
