Inne Brzmienia 2026. Relacja

Wreszcie! Wkraczając na teren lubelskiego festiwalu Inne Brzmienia, aż zakrzyknąłem to słowo w duchu i jednocześnie odetchnąłem, że po tylu latach przygotowań udało mi się na niego zawitać. I po tegorocznej edycji mam nadzieję, że nie była to jednorazowa wizyta. 

Zacznijmy od tego, że uwielbiam Lublin. Wcześniej byłem w tym mieście dwa razy na przestrzeni dekady i każda wizyta wyzwalała we mnie sporo endorfin. Piękne, a jednocześnie charakterne centrum, które nie mizdrzy się do turystów, a po prostu podkreśla swoje zalety. Tymi są same budynki: niektóre wyremontowane ze smakiem, inne, mimo że już nie pierwszej świeżości, to przyozdobione w bardzo sprytny i przykuwający oko sposób. Tu kwiaty, tam stylowe lampki i inne ozdoby, gdzie indziej malowidła lub eleganckie postaci w oknach kamienic, obserwujące spacerowiczów. Jest też zamek, piękna historia i naprawdę sympatyczni ludzie. W takim miejscu po prostu chce się słuchać muzyki. 

Same Inne Brzmienia to lata dopracowywania formuły. Ja poznałem tę inicjatywę w momencie, gdy miejsce koncertów uległo zmianie. Bawiliśmy się w tym roku w Parku Ludowym — kolejnej przepięknej i przemyślanej pod względem organizacji wydarzenia przestrzeni miejskiej. Jak więc było na błoniach zamkowych, tego nie wiem, ale Park Ludowy wydawał się naturalną miejscówką do tego, by gościć w swych progach tę właśnie imprezę. Co prawda z początku zdziwiła mnie dość kameralna skala, ale zaskoczenie to było zdecydowanie pozytywne. Zmęczony jestem manią wielkości organizatorów festiwali i tutaj w ogóle nie wyczuwałem takich ambicji. Jakość, nie ilość. Jeden duży namiot, świetnie nagłośniona scena, do tego telebim z naprawdę genialnie wyreżyserowanymi ujęciami i mnóstwo miejsca na leżaki. Dla każdego coś miłego. Kolejki po jedzenie, napoje i do toi toi akceptowalne, a sama publika naprawdę zainteresowana tym, co w tym samym czasie dzieje się na scenie. Słowem: klimatycznie i z klasą!

Jedna z prac Piotra Marka

Oprócz samych koncertów, o których poniżej, to oczywiście należy też wspomnieć o wystawach, prelekcjach, spotkaniach autorskich wraz z premierami książkowych nowości oraz o pokazach filmowych. Zazwyczaj nie jestem w trybie korzystania z takich dobrodziejstw wybierając się na festiwal muzyczny, tak więc i tym razem zdołałem zapoznać się jedynie z wystawą Zemsta Hegara, poświęconą postaci Piotra Marka. Na pewno warto zobaczyć prace tej ciekawej, choć mało jeszcze zbadanej postaci świata sztuki (nie tylko muzyki). Oprócz strawy duchowej na terenie festiwalu można było oddać się pokusom materialnym, bowiem przez cały czas trwania imprezy odbywały się Targi Małych Wydawców. Kto kocha fizyczne wydania i merch, ten miał w czym przebierać.

Przechodząc już do samych występów, to nadmienię jedynie, że uczestniczyłem w wybranej ich puli w czwartek, piątek i sobotę. Szkoda niedzieli, ale jak na trzy dni, to i tak było intensywnie, a z Lublina wyjechałem bardziej niż zadowolony.

Zacznę nieco od końca, ale największe wrażenie zrobił na mnie wieńczący sobotni wieczór set Dälek. W ostatnich latach powrót do świetnej formy na albumach, do tego pozytywne recenzje znajomych odnośnie jego niedawnych, klubowych koncertów w Polsce. Koncertów, które zresztą świadomie opuściłem, bo miałem nadzieję nadrobić show artysty w Lublinie. A ten (metaforycznie) wybebeszył mnie i porwał w pełni. Tłuste bity przykryte szorstką ścianą dźwięku wprowadziły mnie w specyficzny trans, który trwał praktycznie cały występ. I to na tyle, że zamykając oczy gdzieś na początku, stojąc kilka rzędów od sceny, otworzyłem je dopiero pod sam koniec. Do tego nie pamiętam wielu szczegółów, za to pozostałem z silnym poczuciem tego, że tak powinna brzmieć sztuka. Ta muzyczna, choć wyświetlane na ekranie psychodeliczne wizualizacje na pewno pomagały w tym, by mocniej wkręcić się w dźwiękowe propozycje odprawiających na scenie prawdziwy rytuał: rapującego Willa Brooksa oraz wspomagającego go na gitarze Mike’a Mare. Magma podkładów oblepiła wszystkich wpatrzonych w scenę bardzo ciasno, aczkolwiek zażaleń z tego powodu absolutnie nie stwierdzono. Zbiorowa hipnoza? Coś w ten deseń, ale jeśli taki ma być efekt, to proszę hipnotyzować mnie częściej.

Dälek

Równie wciągającym był dla mnie kolejny z występów, które świadomie opuściłem, mając go chwilę wcześniej dosłownie pod nosem. Mowa o Furii Grającej Kino. Katowicami i w ogóle z Górnym Śląskiem zauroczony jestem od 2010 roku, kiedy to trafiłem do wspomnianego miasta i jego okolic w związku z odbywającym się w nim OFF Festivalem. Od tego czasu bywam w nim regularnie, za każdym razem odwiedzając pobliskie mieściny w celu odkrycia historii i kultury regionu. Mając to na uwadze możecie domyślić się moich oczekiwań wobec koncertu nieformalnego lidera polskiej sceny black metalowej, połączonego z projekcją archiwalnych filmów o Śląsku. Projekt ten spełnił moje oczekiwania i to z nawiązką, ale przewrotnie powiem, że nie do końca wiem, która z części (ta muzyczna czy wizualna) podobała mi się bardziej. Autentycznie wciągnęła mnie historia o wyzwaniu, jakie niosło ze sobą zainstalowanie dachu na hali widowiskowej Spodek, a grające główną rolę dźwigary śniły mi się potem przez kilka kolejnych nocy. Towarzysząca obrazom muzyka już nie, ale stojąc pod sceną i ledwo widząc sylwetki muzyków (telebim na zewnątrz umożliwiał lepszy ich podgląd), byłem zachwycony tym, w jak naturalny sposób uzupełniali oni swoją grą historię przedstawioną na ekranie. A ta wcale nie była tak mroczna, jak można było się tego spodziewać. Określiłbym ją raczej mianem niepokojącej, bo oprócz obrazów typowo wyniszczającej pracy fizycznej, twórcy filmu znaleźli też przestrzeń na sceny z życia codziennego, spinając to wszystko wieloma psychodelicznymi, powykrzywianymi i odrealnionymi zabiegami formalnymi. Górny Śląsk i Furię pokochałem dzięki temu koncertowi jeszcze bardziej, a to chyba najlepsza rekomendacja dla tej inicjatywy.

Furia

Kolejnym wyróżniającym się koncertem okazał się występ rodzimego AcidSitter. Zespół widziałem kilka tygodni temu w małym klubie i już wtedy zrobił na mnie spore wrażenie, ale duża scena i tzw. dyspozycja dnia oraz świetne nagłośnienie spowodowały, że w Lublinie wybrzmieli dokładnie tak, jak powinni. Nie było czasu na tzw. miękką grę, a z głośników sączyła się zakrapiana kryształem, ciężka, a przy tym arcygrooviasta psychodela. Dzięki niej pojawił się więc element taneczny, a przy tym z głośników sypał się odpowiedniej jakości gruz. Jakby tego było mało, to wszystko to okraszone zostało przepięknie uzupełniającymi się partiami gitarowymi. Te raz po raz wymieniały się we wszelkiej jakości solowych odjazdach, a przy tym trzymały całość w ryzach, nadając tak potrzebne w gatunku melodie. Przebój za przebojem, do tego stylistyka opanowana do perfekcji. Make Acid Great Again!

AcidSitter

W swojej bańce byłem w mniejszości, ale nie mogę nie wspomnieć o emocjach, jakie zapewniło mi Therapy? Zespół występuje w naszym kraju zdecydowanie zbyt rzadko, ale szczerą radochą z grania nadrobili to niedopatrzenie, dzieląc się tym, co mają najlepszego. Rozumiem zarzuty, że było to za mało gatunkowe albo po prostu nie do końca „jakieś”. Natomiast dla mnie, osoby, która na enigmatycznym alt rocku zbierała pierwsze doświadczenia w roli słuchacza, był to miód na uszy. Nie mam też nic przeciwko noise rockowi w wersji soft, bo chyba tak można by też było określić twórczość Irlandczyków. Tego wieczoru wybrzmiały głównie kompozycje z najlepszej płyty tria, czyli z Troublegum. Muzycy jak dobrze naoliwiona maszyna parli do przodu, a dobry humor basisty Michaeal McKeegana, świetna, równa i efektowna gra perkusisty Neila Coopera oraz charyzma głównodowodzącego Andy Cairnsa zaowocowały naprawdę zaangażowanym, pełnym dobrych melodii występem. Takim w old schoolowym stylu.

Therapy?

Ostatnim z porywających mą osobę koncertów była wieńcząca piątkowy wieczór rave’owa impreza w wykonaniu Kap Bambino. Francuski duet postawił przede wszystkim na intensywność przekazu. Skandowane, szorstkie, a przy tym mimo wszystko dziewczęco brzmiące wokale idealnie zazębiały się z witch-house-punkowymi podkładami. Było jednocześnie nostalgiczne, onirycznie, ale też bardzo agresywnie pod względem dynamiki. W tym dźwiękowym kotle oprócz wspomnianego gatunku mieszały się zresztą inspiracje synth punkiem, nintendocorem, electroclashem i pewnie kilkoma innymi odmianami ekstremalnej elektroniki. Duet cały czas operował na wysokich obrotach, więc cały ich set przetańczyłem, a skutki tegoż w postaci ubłoconych butów i spodni po kolana zobaczyłem dopiero po wyjściu z namiotu. Nie żałuję niczego, a Kap Bambino, mimo że czerpie z brzmień obecnie niezbyt modnych i być może nawet nieco przestarzałych pokazało, że okres przydatności gatunku niknie przy świetnej, czystej koncertowej energii płynącej ze sceny. 

Kap Bambino

Wymienieni artyści zapewnili mi największe emocje, ale to nie wszystko. Momentami bardzo dobrze bawiłem się przy Dead Bob. Szczególnie w tych chwilach, gdy na pierwszy plan wysuwała się postać Kristy-Lee Audette. Oprócz głównodowodzącego składem Johna Wrighta, Audette mogła popisać się zdecydowanie najlepszymi umiejętnościami instrumentalnymi oraz naturalną sceniczną charyzmą. I dobrym, a już na pewno interesująco brzmiącym głosem. W ogóle był to ciekawy pod względem scenicznym występ, bo zespół był w doskonałym humorze i widać, że wspólna gra sprawia im sporą przyjemność. Mimo wszystko męskie wokale w mojej ocenie bardziej psuły niźli pomagały kompozycjom, choć doceniam chęć bycia kolektywem z prawdziwego zdarzenia. Przez (albo dzięki nim) humorystyczne wstawki Dead Bob bliżej było do poczynań Zappy aniżeli NoMeansNo, choć kompozycje tej legendarnej grupy też wybrzmiały z głośników w czwartkowy wieczór. Mimo wszystko kto nastawiał się na połamańce, ten musiał zadowolić się dość prostymi, punkowymi utworami. Aczkolwiek zagranymi w przyjemny sposób.

Dead Bob

Mocno hype’owany w ostatnich miesiącach na scenie niezalowej Tramhaus nieco mnie rozczarował. Energia zespołu była dobra, ale problem mam z tym, że każdy bardziej osłuchany z post-punkiem odbiorca musiał uczciwie stwierdzić, że w tym gatunku grupa nie wyróżnia się absolutnie niczym szczególnym. Żadnego charakterystycznego gimmicku, po prostu dobrze odrobiona lekcja z gatunku. Szczególnie z jego współczesnej, nowocześniejszej odmiany. Koncert Holendrów był więc całkiem dziarski, ale też nazbyt długi, co w połączeniu z brakiem wyrazistego stylu sprawiło, że w pewnym momencie poszczególne utwory zlały się w jednolitą i monotonną masę. Grupa ma potencjał, szczególnie koncertowy, bo umiejętności technicznych odmówić jej nie można, ale czekam, aż obierze własną ścieżkę. I napisze kilka bardziej zapamiętywalnych utworów.

Tramhaus

Nieco ciekawiej wyobrażałem sobie też występ Sun Ra Arkestra. Wiadomo, że miał to być koncert bez samego założyciela kolektywu, ale nadal w duchu jego twórczości. Jednak w składzie, który zaprezentował się w Lublinie, zdecydowanie zabrakło jakiegokolwiek lidera. Tworzenie zgranego zespołu zostało potraktowane aż nad wyraz poważnie, bo faktycznie każdy z muzyków miał podczas setu swoje pięć minut. Brzmiało to wszystko naprawdę pięknie, ale niestety zamiast wciągających, afrykańskich etno rytmów dostaliśmy coś w stylu improwizacyjnej muzyki tła połączonej z indywidualnym pokazem umiejętności każdej z postaci stojących na scenie. Mimo wszystko muzyka zdecydowanie zyskiwała w połączeniu z przepięknymi i bardzo estetycznymi strojami poszczególnych członków grupy. Pod względem erudycji i technicznych umiejętności to była klasa, ale mnie po prostu jazzowa propozycja w tej bezpiecznej wersji po prostu nie porwała.

Sun Ra Arkestra

Przyjemny był występ Grupy Torpedo, która zabrała nas w świat znanych, lekkich polskich letniaczków, ale zagranych na świeżo i z pomysłem. Idealny koncert na odpoczynek na leżaku i nadrobienie towarzyskich zaległości. Przed niełatwym zadaniem stanęła z kolei Leila Bordreuil. Artystka pierwotnie miała towarzyszyć na scenie Drew McDowallowi, ale wskutek nieszczęśliwego wypadku i złamania żebra Szkot odwołał swoją obecność w Lublinie. Dźwięki generowane przez Leilę były kojące, ale niepozbawione eksperymentów: szczególnie w ostatniej fazie występu, podczas którego artystka z pomocą kamienia (?) generowała całą kaskadę zgrzytów i innych hałaśliwości. Była to więc pełnoprawna sztuka, a czas spędzony z twórczością Bordreuil nie był czasem straconym. 

Leila Bordreuil

Jedynym rozczarowaniem w trakcie mojego trzydniowego pobytu na Innych Brzmieniach był koncert Backengrillen. Liczyłem na sążnisty muzyczny wpierdziel od nowego składu Matsa Gustafssona. Na pewno mocniejszy niż na płycie, bo też tak artysta zapowiadał działalność projektu w wersji koncertowej w licznych wywiadach promujących album. Nic takiego nie miało miejsca. Z mojej perspektywy grupa zagrała bardzo zachowawczo, w sposób mało odkrywczy i zdecydowanie zbyt cichy. Brakło szalonych improwizacji, a z materiału uleciała punkowa dusza. Może była to dyspozycja dnia i pojedyncza wpadka, a może po prostu moje oczekiwania co do Backengrillen były zwyczajnie zbyt wygórowane. Na ostateczny werdykt trzeba będzie poczekać, ale w Lublinie nie tylko nie porwali, ale też po prostu — nie zaprezentowali się dobrze.

Całościowo oceniam wydarzenie jako bardzo udane. Przemyślane pod każdym względem, do tego budujące swoimi działaniami wokół (dzięki wydarzeniom towarzyszącym, ale i promocji) gościnną, przyjazną wręcz aurę. W kwestii doboru artystów czuć było dobrą, kuratorską rękę, ale procentowało też doświadczenie w kwestii organizacji oraz budowania odpowiedniej narracji wokół imprezy. Koncerty wcześniejsze zazwyczaj zachęcały do tańca lub odbioru w relaksujących warunkach. Po nich miały miejsce występy bardziej angażujące, czy to przez dynamikę, ciężar czy też elementy eksperymentalne występujące w twórczości poszczególnych artystów. Końcówki poszczególnych dni to znów zwrot ku większej koncentracji: czy to ze względu na syntezę form (jak podczas koncertu Furii), wysoką zawartość transu (Dälek) czy też w kategoriach intensywności (imprezowo-taneczny Kap Bambino). Nazwa festiwalu faktycznie zawiera w sobie jego cel: pokazywanie nietypowych, wyselekcjonowanych, a jednocześnie stojących na wysokim poziomie brzmień. Innych Brzmień. Mam nadzieję, że przyjdzie mi się z nimi zapoznać także za rok. Lublinie — robisz to dobrze!

Poniżej fotorelacja z wydarzenia autorstwa Kamila Milewskiego (Muzyczne Oko).