Relacja z Fląder Festiwal 2026

Oficjalne otwarcie lata już dawno za nami. Mowa o kolejnej, już dwudziestej trzeciej (!) edycji lokalnej legendy, czyli muzycznego Festiwalu Fląder. Poniżej garść ciepłych wspomnień z tego wydarzenia.

Na początku jednak mała dygresja. Polscy fani sceny niezależnej bardzo tęsknią za inną gdańską inicjatywą. Mowa o Soundrive, który zaczynał jako mały OFF, a kończył jako zbawca i odkrywca głównie polskich składów działających w undergroundzie. Zaryzykuję i postawię tezę, że w obecnej atmosferze tworzenia tego typu wydarzeń, gdzie organizatorzy stawiają przede wszystkim na profesjonalizację, ale też komercjalizację programu (przy wszędobylskich głosach o tym, że bilety muszą być drogie, bo wszystko kosztuje), a co za tym idzie stawianie na sprawdzone nazwy oraz składy, często pomijając młodych twórców, Fląder zaczął pełnić podobną funkcję do wspomnianego Soundrive.

The Ferrules

Tak, wiem, to dość odważna teoria, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że objęta w tym wypadku przez organizatora formuła, czyli zapraszanie konkretnych zespołów bądź projektów tylko raz, co przekłada się na porządny risercz na temat tego, co obecnie (ciekawie) gra w niezalowej duszy jest działaniem mocno niedocenianym i dość mocno przemilczanym w tzw. środowisku. Fląder to impreza darmowa, odbywająca się na świeżym powietrzu, bardzo w duchu DIY, ale też dzięki temu promująca wszystko to, co nie chce przebić się do głów w teorii bardziej zorganizowanych czy też może wręcz profesjonalniej działających agencji koncertowych w Polsce. A przecież jest w czym wybierać, bo underground wręcz buzuje od dobrej jakości dźwięków i nic, tylko brać, promować i cieszyć się jakością. Dobrze, że potrafi to (i robi dobrze) Fląder.

Tet

Zresztą pod względem organizacyjnym Fląder wcale nie odstaje od większych graczy, a już na pewno przoduje w tej kategorii, gdyby porównać go do innych imprez niebiletowanych. W tym roku znowu dostępne były trzy sceny, z czego ta plażowa, wcześniej stricte DJska, tym razem gościła kilka koncertów. Oprócz pojedynczych incydentów z nagłośnieniem całość brzmiała naprawdę dobrze. Brylowała Scena Belweder, na której dźwięk był nie tylko czysty, ale też potężny i słychać było z niej każdy dźwiękowy smaczek. Wiadomo jednak, że impreza plenerowa wiąże się z pewnym ryzykiem pogodowym, co ma wpływ także i na nagłośnienie. Uważam jednak, że Fląder nie ma się czego wstydzić, a ponadto nadrabia gościnną atmosferą i naprawdę przemyślanym, mogącym stawać w szranki z innymi, bardziej dopieszczonymi PRowo festiwalami line-upem.

Patrząc na sam program tegorocznej edycji oczywistym było, że będzie ciekawie, ale spośród tak dużej liczby dobrych koncertów chciałbym wyróżnić trzy występy, które zdecydowanie skradły moje muzyczne serce. Ich autorami i autorkami były: Lunar Trips, Allarme oraz Ivo Shandor & The Gozer Worshippers.

Lunar Trips

Pierwsze z wymienionych to lokalne i dobrze znane mi już trio. Także koncertowo, bo na scenie widziałem Lunar Trips przynajmniej kilka razy. Czerpię ogromną radochę z obserwowania rozwoju takich zespołów, a ten jest o tyle wyjątkowy, że teoretycznie łatwo mógłby podpiąć się pod obecny shoegaze’owy boom i płynąć z prądem wraz z wieloma innymi zespołami parającymi się tą stylistyką. Na szczęście Lunar Trips idzie własną drogą. To nadal brzmienie skąpane w ścianie dźwięku, ale zdecydowanie bardziej melodyjne niż u kolegów z tego samego muzycznego podwórka i w mojej ocenie mające więcej atutów. Tymi są przede wszystkim wyraźny groove świetnie współpracującej ze sobą sekcji oraz wokale. Szczególnie ujmuje mnie głos Hanny Kolendowicz. Z jednej strony inspirowany wokalnymi legendami dream popu, a z drugiej strony charakterystyczny, pełny emocji i oddający sedno muzyki grupy. A tym jest po prostu marzycielska odmiana melancholii. To nią przepełniony był koncert na tegorocznym Flądrze i cieszę się, że pomimo dość wczesnej godziny grania zespół przyszło zobaczyć tak wielu miłośników umiarkowanego smuteczku.

Ivo Shandor & The Gozer Worshippers

Kontynuując wątek trójmiejski, to także Ivo Shandor & The Gozer Worshippers nieustannie ewoluuje. Chociaż w ich wypadku transformacja ta ma poziomy charakter. W końcu od początku prezentowali wysoki poziom, tylko że na każdym występie brzmią nieco inaczej. Materiał z debiutanckiej płyty i tym razem potraktowali jako punkt wyjścia do półimprowizacji, zachowując szkielet kompozycji, ale kładąc nacisk na nieco inne elementy niż w studio. Trudno mi kogokolwiek wyróżnić, bo o ile podczas wcześniejszej mojej styczności z tym składem na żywo rola lidera była dość zmienna, tak tutaj… mógłbym przypisać ją każdemu z muzyków. Były więc saksofonowe solówki, basowe galopy, perkusyjna kanonada i najeżona efektami gitara, a także rozmarzone partie pianina i wokal jak nie z tego świata. Wszystko to w wersji stanowiącej jednolity monolit. Potężnie brzmiący, bawiący się dźwiękami, ale też zapraszający do swojego psychodelicznego świata wszystkich zgromadzonych pod sceną. Magiczny koncert, dzięki któremu tak myślę, znacznie poszerzyła się liczba wyznawców Ivo Shandora.

Allarme

Trzecim występem, a do tego takim, który całkowicie mnie wciągnął i zahipnotyzował, obdarował nas stołeczny zespół Allarme. Grupa składem, ale też i brzmieniem powiązana z inną nazwą, która na Flądrze też dała znakomity koncert. Mowa tu o Faraway, a oba projekty mocno czerpią z twórczości tzw. polskiej klasyki punka, post-punka i reggae. Kto więc kiedykolwiek fantazjował o tym, jak mogłaby brzmieć Brygada Kryzys, gdyby zespół ten nadal istniał i śmiało czerpał inspiracje z obecnych trendów, ten z pewnością rozsmakuje się w propozycji Allarme. Był to jednak inny koncert niż wspomnianego Faraway rok wcześniej. Też oniryczny, ale mniej senny i zdecydowanie bardziej bezpośredni pod względem zastosowanych środków stylistycznych. Reggae zastąpił noise rock, motoryka weszła wyższe obroty, a całość zyskała bardziej garażowy, organiczny posmak. Mimo wszystko u podstawy Allarme gra po prostu piękną, uduchowioną muzykę i nie przykrywa tego nawet (co zresztą nie jest zarzutem, bo w wykonaniu tych muzyków to atut) chropowata, na pozór nieprzystępna powłoka.

.WAVS

Mimo wyróżnienia tych trzech konkretnych nazw to nie był koniec dobrych koncertów na Flądrze.

Pierwszego dnia festiwalu bardzo spodobało mi się młodzieńcze i pełne werwy The Ferrules. Pomimo problemów z dźwiękiem chłopaki dali naprawdę konkretny, gitarowy koncert. Były refreny do pośpiewania i instrumentalne fragmenty do (po)pogowania. Zespół jest w dobrej formie już od jakiegoś czasu, także nie dziwiło to, że pod sceną zebrał całkiem sporą liczbę fanek i fanów (z widoczną przewagą tych pierwszych).

Zaraz po nich na tej samej scenie zameldował się hardcore’owy Hung i w swoim ultrakrótkim, za to bardzo intensywnym secie przekazał całą gamę niełatwych do przyswojenia emocji. Pod koniec muzykom brakowało sił, ale to nie z powodu braku kondycji, a tego, że narzucili sobie (i nam) zabójcze tempo. Krótkie strzały w samo sedno trafiały dokładnie tam, gdzie powinny i pod tym względem zespołowi udało się przekazać maksimum treści w minimum czasu.

Hung

Drugi dzień rozpoczął się sennie i ciężkawo, ale była to idealna rozgrzewka przed kolejnymi atrakcjami. Intro w postaci takiego właśnie klimatu zasponsorował nam lokalny skład o nazwie Tet. Progresywno stonerowe granie w stylu Elder idealnie sprawdziło się w ten parny dzień. Wolno rozwijające się, ale przemyślane pod względem formy i struktury granie z każdą sekundą wciągało jak bagno. 

Otrzepać się z błota można było na żwawych Kresach, choć przyznam szczerze, że ten akurat skład widywałem w lepszej formie. Hałaśliwe, obudowane math rockowym rytmem granie miało swoje dobre momenty, ale w moim odczuciu grupie przydałoby się lepsze zgranie w tym (obecnym, zmienionym) składzie. Wiem, że potrafią i to jak potrafią!

Kresy

Z tym ostatnim elementem, czyli wzajemnym zgraniem, nie miały za to problemów legendarne Wieże Fabryk, których zimna fala oblała zgromadzonych pod sceną fanów i kto wie, ci nie ustanowili rekordu frekwencyjnego tego festiwalu. Zaskoczeń nie było, ale też być nie musiało: zaangażowana publika i tak znała każdy dźwięk i poszczególne frazy tekstów. Łódzki skład jak zawsze zaprezentował się na najwyższym poziomie. Z kolei zamykająca ten dzień na głównej scenie stonerowa Sunnata podbiła liczbę decybeli i ciężkim, ale bardzo melodyjnym i w mojej ocenie światowym brzmieniem (choć nagłośnienie mogło być nieco bardziej klarowne) pięknie zamknęła tegoroczną edycję Flądra.

Sunnata

Warto wspomnieć też o blackowej intensywności Runaway Devils, interesującej, art-r&b-elektronicznej propozycji Hanki Łubieńskiej i Przyborowskiego, zainspirowanej Aptekowym graniem i absurdalną psychodelą grupie Potwory i Ludzie, słonecznym funk-jazzie w wykonaniu LUNAMË oraz abstrakcyjną próbą połączenia ciężkich brzmień z mainstreamowym popem autorstwa .WAVS.

Plaża w gdańskim Brzeźnie

Wybrany i opisany przeze mnie zestaw koncertów, a przecież nie były to wszystkie występy, które na tegorocznym Flądrze miały miejsce, nie ma lepszego wydarzenia, które obrazowałoby, co tak naprawdę w trawie piszczy w kontekście polskiej sceny undergroundowej. Dwadzieścia trzy lata świetnego bookingu oraz organizacji na własnych zasadach przy zachowaniu niełatwych, choć oryginalnych ram w tym zakresie. To budzi szczery podziw. I to tym bardziej, że przecież wokół zmienić się zdążył cały świat. Fląder idzie przed siebie raz wytyczoną drogą, a do tego nie tylko dostarcza niezapomnianych, muzycznych wrażeń, co oddaje pola utalentowanym artystom, którzy mogą przedstawić szerszej, czasem pochodzącej spoza swojej bańki publice swoją twórczość.

Jak dla mnie — rzecz absolutnie bezcenna.

Widzimy się za rok w Brzeźnie!