Syf, wściekłość, mrok, zwierzęca pasja, czysta, punkowa energia i opętańczy, przyciągający do siebie wokal Rozza Williamsa. Tak rozpoczęła się historia deathrocka i tak brzmi jedna z najlepszych płyt gotyckiego rocka zza oceanu.

Pierwszy odsłuch może zupełnie odrzucić od tej płyty. Wokal swoje, gitara raz rzęzi i przynudza, by zaraz przyspieszyć i ścigać się z basem, który razem z perkusją tworzą kompletnie niepasujący do reszty rytm, a jakby tego było mało, to czasami słychać w tle dziwne szumy i uderzenia w dzwon. O co tu chodzi? To jakieś dofinansowanie dla pacjentów psychiatryka, kontakt z muzyką nowym przełomem w leczeniu zaburzeń psychicznych? Jednak w tym szaleństwie jest metoda, co udaje się odkryć dopiero przy następnych spotkaniach z tą muzyką. Williams brzmi tu jak nawiedzony heretyk, który jeszcze niedawno ubrany w sutannę, zza ambony, prawił w takiej samej, szaleńczej formie, kazania swoim wiernym. Teraz z kolei, zamieniając ołtarz na scenę i odrzucając religijne dogmaty, plącze się, wije i wypluwa z siebie kolejne bluźnierstwa i balansując na granicy grafomaństwa, dzieli się swoimi chorymi fascynacjami śmiercią, okultyzmem, miłością i wiarą. Przeciąga sylaby, wyje, jęczy, jest pełen nieznośnej, maniacko-pretensjonalnej maniery i urzeka charyzmą w jednym. Pełen zestaw nawiedzonego kapelana.

Muzycznie płyta zawiera wszystko to, co później ukształtuje gatunek. Bas z perkusją trzymają tu wszystko w kupie i są wysunięte do przodu, dzięki czemu udaje im się przemycić niewielkie zalążki melodii do poszczególnych kompozycji. Jednak to, co wyprawia tutaj gitarzysta, Rikk Agnew, jest naprawdę trudne do opisania. Gitara wydaje się tu być zbiorem zupełnie przypadkowych nut czy akordów. Tempo potrafi zmienić się kilkukrotnie w ramach jednego tylko utworu, tak samo zresztą z samym brzmieniem: czasami kompletnie rozmytym, czasami zwartym, cały czas rozedrganym, brudnym i przesterowanym. Pełno tu quasi-solówek i zrywów, a także nietypowych hałasów wydobywających się spod palców gitarzysty. Wszystko to tworzy nastrój duszny, straszny i kompletnie obłąkany. I tak jest z całą płytą. Każdy z utworów to zupełnie inna, wyjątkowa i mroczna litania, a razem tworzą podstawy nowego gatunku i wzór, z którego ściągać będzie później masa innych grup.