Z pewnością mieliście w swoim bliższym lub dalszym towarzystwie, taką osobę, która pomimo posiadania sporej wiedzy i całkiem niezłych, kreatywnych pomysłów, pozostawała w tle, nie odgrywała dużej roli w grupie i zazwyczaj stała na uboczu. Może brakowało jej śmiałości, może miała jakieś swoje wewnętrzne problemy, ale nie potrafiła przebić się do świadomości ogółu. Co prawda potrafiła rzucić jakimś nowym rozwiązaniem, ale robiła to po cichu, bez pewności siebie i przez to idea rozmywała się pod naporem innych, głośniej wypowiedzianych rozwiązań. Potem jakiś cwaniak, do którego dotarło, że taka osoba jest kopalnią dobrych patentów, brał taki pomysł, czasami nieznacznie zmieniał i wypowiadał jako własny. I takim właśnie cichym gościem, który coś tam sobie tworzył, a potem inni z niego zgapiali wydają się być The Units.

Może powyższe porównanie jest lekkim nadużyciem, ale The Units, wśród obecnej mody na lata 80-te, nadal pozostają w cieniu bardziej znanych kapel. A to o nich w momencie debiutu zespołu prasa pisała, że są pierwszym punkowym zespołem, który występuje na scenie bez gitar. Razem z równie zakurzonymi The Screamers oraz słusznie docenianymi Suicide stworzyli podwaliny pod gatunek zwany synthpunkiem. Opisywana tutaj płyta jest drugim wydawnictwem grupy i powstała jeszcze w 1982 roku. Wskutek wewnętrznych problemów, a przede wszystkim z powodu niedogadania się z ówczesną wytwórnią, materiał ten przeleżał na półce ponad 20 lat i wydano go dopiero w 2016 roku.

Animals They Dream About jest trochę mniej punkowy niż debiut, ale jak nietrudno się domyślić, nadal prym wiodą tu syntezatory. Kompozycjom w kwestii brzmienia i melodii bliżej jednak do synthpopu. Słychać tu sporo inspiracji grupą Devo, szczególnie w kwestii pojmowania rytmu za pomocą elektroniki oraz dostosowania do niego maniery wokalnej. Mamy tu zarówno bardziej pokręcone, oparte na syntezatorowych teksturach, elektroniczne brzmienia, proste bity, jak i rozmaite, z lekka industrialnie brzmiące, przeszkadzacze. Gdzieniegdzie pojawia się też żywa perkusja. Zamiast na punkową energię, tym razem nacisk położono na piosenkowość i klimat. Dzięki temu muzyka nabiera bardziej tanecznego charakteru i równie dobrze jak na scenie, sprawdziłaby się na parkiecie w jakimś retro klubie, hołdującym brzmieniom z lat 80-tych.