Jedni pisali o sensacji, drudzy wzruszali ramionami. Jeszcze innych, zdaje się, ten debiut po prostu ominął. Jednak właśnie taka, mocno niejednoznaczna, jest to płyta. Obok mocno przesterowanych, brudnych gitar i krzykliwego wokalu mamy masę melodii i refreny takie, że nawet kompletnie nieuzdolnieni muzycznie podłapią i będą chcieli drzeć się razem z wokalistą. Energia rozpiera chłopaków z Bastard Disco i naprawdę trudno się jej oprzeć. Ba, nie ma nawet takiej opcji, żeby przy tej muzyce klapnąć na fotelu i poczytać, dajmy na to, dzieła filozofów. To diabelnie przebojowa mieszanka post-hardcore, noise i punka. Taka, która wypycha do działania, przy której chce się tańczyć albo skakać. Niesamowite jest to, jak zespołowi udało się znaleźć złoty środek i zagrać swoją wersję brudnego, alternatywnego rocka. Problem będą mieli tylko z tym, by przeskoczyć tak dobrą płytę. Wierzę jednak, że dadzą radę.

Bandcamp: https://bastarddisco.bandcamp.com