Przez ostatnie półtora miesiąca z hakiem na łamach bloga i powiązanego z nim fanpage’a opisywałem swoje ulubione płyty z ubiegłego roku. Nie był to ranking najlepszych, najciekawszych czy też najbardziej pionierskich nagrań 2017 roku. Poniższy zbiór albumów to lista tych rzeczy, do których wracałem najczęściej, od których się nie odbiłem i które poprzez to nieopisywalne „coś”, stale mnie do siebie przyciągały. Czasami idealnie wpasowywały się w daną aurę czy mój humor, a innym razem towarzyszyły mi w codziennej podróży komunikacją miejską. Z tego też powodu poniższy spis może mieć większą wartość dla mnie, niż dla czytających. Muzyka jednak jest po to, by się nią dzielić i chyba nic nie stoi na przeszkodzie w tym, by któryś z poniższych albumów stał się także Waszym miłym wspomnieniem. Takim, związanym z określonym czasem czy miejscem w którym po niego sięgnęliście. I to właśnie ta idea przyświecała mi przy tworzeniu poniższej listy. Ona oraz jak największa różnorodność stylistyczna.

Kolejność alfabetyczna

Algiers The Underside of PowerAlgiers – The Underside of Power
Debiut intrygował przede wszystkim wokalem Franklina Fishera. Zderzenie niemal soulowej barwy wokalisty z mocno zaangażowanymi tekstami, okraszone eksperymentalno-rockową estetyką na pewno nie można było ochrzcić mianem banalnego. Drugi album, The Underside of Power, niejako rozwija tę estetykę, dodając do niej sporo jakości w sferze samej muzyki. Gospel miesza się tu z brudnym, industrialnym brzmieniem; niemal taneczne wstawki porozrywane są gitarowymi sprzężeniami; chórki towarzyszą tekstom o zepsuciu tego świata, a bluesowa wrażliwość zostaje przyćmiona punkową energią. Album mnóstwa pomysłów, które zostają rozwinięte w pełni, jakimś cudem nie gryzą się ze sobą i przede wszystkim nie stanowią jedynie szkiców, a dopracowaną i przemyślaną całość.

bastard disco warsaw wasted youthBastard Disco – Warsaw Wasted Youth
Jedni pisali o sensacji, drudzy wzruszali ramionami. Jeszcze innych, zdaje się, ten debiut po prostu ominął. Jednak właśnie taka, mocno niejednoznaczna, jest to płyta. Obok mocno przesterowanych, brudnych gitar i krzykliwego wokalu mamy masę melodii i refreny takie, że nawet kompletnie nieuzdolnieni muzycznie podłapią i będą chcieli drzeć się razem z wokalistą. Energia rozpiera chłopaków z Bastard Disco i naprawdę trudno się jej oprzeć. Ba, nie ma nawet takiej opcji, żeby przy tej muzyce klapnąć na fotelu i poczytać, dajmy na to, dzieła filozofów. To diabelnie przebojowa mieszanka post-hardcore, noise i punka. Taka, która wypycha do działania, przy której chce się tańczyć albo skakać. Niesamowite jest to, jak zespołowi udało się znaleźć złoty środek i zagrać swoją wersję brudnego, alternatywnego rocka. Problem będą mieli tylko z tym, by przeskoczyć tak dobrą płytę. Wierzę jednak, że dadzą radę.

brutus burstBrutus – Burst
Swoją muzykę umiejscawiają gdzieś pomiędzy Slayerem, a Savages i coś w tym jest – krótkie, rwane i ciężkie riffy plus szaleńcza, połamana jazda na perkusji. Post-hardcore, math rock, shoegaze – mamy tu elementy każdego z tych gatunków. Doprawione pełnym pasji wokalem perkusistki Stefanie Mannaerts dały efekt w postaci jednej z najciekawszych i najbardziej równych płyt tego roku.

Cut-Copy-Haiku-Cover-1502375283-compressed-1505408054Cut Copy – Haiku From Zero
Haiku From Zero to z jednej strony powrót do starego brzmienia z najlepszych albumów grupy, a z drugiej synteza wszystkiego, co dotychczas udało im się nagrać. Można narzekać, że to nic nowego, ale gdy komponuje się tak dobre, taneczne utwory jak singlowy Airborne czy Memories We Share, to po co kombinować? To tyczy się zresztą całej zawartości albumu. W dodatku w przypadku takiej muzyki jestem dość prostym odbiorcą – słyszę bas = tańczę. Oprócz dużej dawki tego ostatniego, brzmienie Cut Copy wydaje się być teraz bardziej wyluzowane. Chłopaki wiedzą co i jak chcą zagrać i nie udziwniają na siłę swojego materiału.

dalek - endangered philosophies

Dälek – Endangered Philosophies
Dälek powrócił zeszłorocznym albumem do swojego „klasycznego” brzmienia i nagrał jedną z najlepszych płyt w swojej dyskografii. Po bardziej ambientowym, stawiającym przede wszystkim na uzyskaniu ponurego klimatu wydawnictwu, na Endangered Philosophies znów mamy do czynienia z brudnym dźwiękiem, monotonnymi, industrialnymi podkładami i zaangażowanymi politycznie oraz społecznie, wersami MC Däleka. To muzyka, w którą należy się wgryźć, odsłonić kolejne jej warstwy, wyłuskać poszczególne dźwięki i dobrać się do jej przekazu. Nie jest to łatwe zadanie. Łapię się na tym, że po przesłuchaniu całości nic nie pamiętam, a jednak mam ochotę wrócić i zacząć przygodę z Endangered Philosophies na nowo. Za każdym razem moja uwaga skupia się na innym hałasie czy fragmencie tekstu wytworzonym przez Dälek. Dzięki temu każdorazowo czuję się, jakbym poznawał tę opowieść z zupełnie innej perspektywy.

drab majesty the demonstrationDrab Majesty – The Demonstration
The Demonstration, jak i zresztą cała twórczość Drab Majesty, jest dla mnie jednym wielkim ukłonem i pochwałą lat 80-tych. To nie tak, że Deb Demure (a tak naprawdę Andrew Clinco) miesza ze sobą poszczególne inspiracje. On żyje tą epoką albo inaczej – ta dekada żyje w nim. Jestem pewien, że gdyby usłyszeć tę muzykę bez jakiejkolwiek wiedzy o niej, można by się pomylić i stwierdzić, że to jakiś zapomniany, acz bardzo interesujący zespół sprzed ponad 30-tu lat. I w żadnym wypadku nie byłby to zarzut. Sam nie potrafię pływać, ale w tym oceanie syntezatorów z chłodną bryzą dźwięków gitary w tle, zanurzam się z taką samą przyjemnością z każdym kolejnym odsłuchem. I trafiam na niecałą godzinę do całkiem nowego, eterycznego świata dziwnych istot, gdzie niepodzielnie panuje Klimat.

eabsEABS – Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)
Pierwsze zaskoczenie dla mnie przyszło już za sprawą otwierającego całość Knowledge (Introdukcja do Etiudy Baletowej). Co jak co, ale balet raczej z hip-hopem się nie kojarzy, a tutaj po krótkiej introdukcji mamy partie rapowaną i coś w rodzaju beatu zagranego na perkusji. (…) Formą i podstawą pozostaje oczywiście jazz i zespół sprytnie przechodzi od tych bardziej nowoczesnych, hip-hopowych sekwencji do bardziej zwartych, ale nie mniej porywających partii instrumentalnych. (…) God is Love (Bariera XIII) przynosi spokój, śpiewane partie wokalne i aurę zadymionego klubu, znajdującego się gdzieś poza czasem i miejscem; Free Witch and No Bra Queen / Sult skręca w stronę funku, a ostatni z utworów, Waltzing Beyond (The Song on the Day the World Ends), wieńczy tę płytę przepięknie brzmiącą partią trąbki (…).

elder Reflections of a Floating WorldElder – Reflections of a Floating World
Przylepianie gatunkowych łatek to rzecz o tyle przydatna, co i mocno krzywdząca. Elder już dawno wyskoczył z pudełka z napisem „stoner/doom”, a jednocześnie i tak to właśnie te gatunki najlepiej opisują zarówno ciężar ich muzyki, jak i jej wrażliwość. Pomimo tego, na tegorocznym albumie, zespół zaproponował ponad godzinną, muzyczną ilustrację, w której na równi ze zwalistymi riffami i odjechanymi solówkami, mamy tyle samo inspiracji brzmieniami wprost z klasycznego hard rocka (ciepłe brzmienie klawiszy), jak i rocka progresywnego. Utwory są mocno rozbudowane, przechodzą pomiędzy sobą w sposób bardzo płynny, przez co odsłuch płyty kojarzy się z jedną, długą i pełną ciekawych przygód, psychodeliczną podróżą.

ex eyeEx Eye – Ex Eye
Skład grupy przypomina bohatera klasycznej powieści Mary Shelley. Pozszywany z wydawałoby się nieprzystających do siebie muzycznych elementów potworek, poradził sobie jednak znacznie lepiej, niż jego książkowy pierwowzór. Colin Stetson (saksofon), Greg Fox (perkusja – m.in. Zs i Liturgy), Toby Summerfield (gitara) oraz Shahzad Ismaily (bas i syntezatory) stworzyli płytę, która zadaje kłam twierdzeniom o tym, że supergrupy to tylko zbiór pojedynczych indywidualności. Na złość takiemu podejściu udało im się skomponować muzykę bardzo przemyślaną, gdzie każdy muzyk i jego instrument oraz wydobywany z niego dźwięk ma swoje miejsce. Jednocześnie całość nosi znamiona (kontrolowanego) chaosu i nieprzewidywalności. Płynne przejście od post-rockowych temp do sludge’owej ciężkości, dołożenie do tego black metalowych, perkusyjnych blastów i ozdobienie tego wszystkiego frapującymi partiami saksofonu? Tutaj mamy to wszystko i jeszcze więcej. Jest jeszcze ten trudny do opisania klimat zbliżającego się nieszczęścia i aura nadchodzącego kataklizmu, która mocno niepokoi. Jeden z ciekawszych mariaży metalu z jazzem, nie tylko spośród tych z zeszłego roku.

Five The Hierophant - Over PhlegethonFive The Hierophant – Over Phlegethon
Prawdą jest, że więcej na tej płycie brudu, bo podstawę stanowią składniki z doom/sludge metalu, ale ozdobione nie mniej wyraźnymi zdobieniami. Są nimi przede wszystkim partie saksofonu, obecne praktycznie w każdym utworze i rozrywające gitarowy ciężar, a także wpuszczające sporo oddechu do tego zatęchłego, nieprzyjemnego i chropowatego brzmienia grupy. Oprócz nich na płycie możemy też usłyszeć djembe, skrzypce, tybetańską trąbkę rag-dung, a także granie smyczkiem po gitarze, tak charakterystyczne dla grup z kręgu post-rocka. (…) Przez 6 utworów, trwających razem niespełna 50 minut, udaje im się pochłonąć całą uwagę odbiorcy, a do tego nieprzyjemnego, przytłaczającego, ale zawierającego też ukryte piękno świata, zbudowanego z psychodelicznego doom metalu, chce się powracać i za każdym razem odkrywać coś nowego.

forest swords - compassionForest Swords – Compassion
Mathew Barnes, tworzący pod nazwą Forest Swords, wrócił w tym roku za sprawą drugiego, pełnoprawnego albumu. Po drone’owo-tanecznych EPkach (Fjree Feather i Dagger Paths z 2009 i 2010 roku), przyszła kolej na bardziej dubowe i mroczniejsze wydawnictwo długogrające. Tegoroczne Compassion to niejako synteza pomysłów z poprzednich wydawnictw, choć nie zabrakło na nim też nowych elementów. Klimat ulotnego rozmarzenia zderza się tu z basowym podbiciem, a orientalne dźwięki mieszają się, z przycinanymi tu i ówdzie elektronicznymi, mocno rytmicznymi wstawkami. Nad całością unosi się duch psychodelii i choć nadal dominuje to bliżej nieokreślony nastrój melancholii, to mimo wszystko więcej tu jednak światła niż na poprzednich płytach. Połączenie muzyki świata wraz z nowym wachlarzem narzędzi w postaci dużej ilości instrumentów, a także zmiany tempa i ambientowe tło sprawiają, że na pozór zimna elektronika potrafi zrodzić w słuchaczu więcej emocji, niż niejeden „gitarowo-wokalny” album.

get your gun doubt is my rope back to youGet Your Gun – Doubt Is My Rope Back To You
Druga płyta duńskiego Get Your Gun stanowi bezpośrednią kontynuację wydanego przed trzema laty debiutu. To nadal ten sam przejmujący smutek, przekazywany za pomocą dziwnego i nieoczywistego mariażu dźwięków. W porównaniu do pierwszej płyty, tutaj mniej jest zapamiętywalnych melodii, ale mamy za to bardziej skondensowany, przeszywający nastrój. Nie pomyli się ten, kto skojarzy brzmienie z dokonaniami Nicka Cave’a, Wovenhand czy nawet twórczością grup powiązanych ze sceną tzw. „rocka pustynnego”. Get Your Gun potrafi jednak powyższe inspiracje przekuć w stworzenie swojego własnego, niepowtarzalnego klimatu. Brudne, sine skandynawskie niebo, bezlitosne i wzburzone morze, a także zimna aura i niesprzyjająca człowiekowi, brutalna przyroda. To wszystko wydaje się być na wyciągnięcie ręki w trakcie słuchania tej płyty. Żal byłoby z tego nie skorzystać.

godflesh post self 2Godflesh – Post Self
Należę do tej grupy słuchaczy, którym na dźwięk nazwiska Justina Broadricka zapalają się iskierki w oczach. Projektów co niemiara, a mój podziw dla ich autora rośnie wraz z każdym, kolejnym wydawnictwem. Najnowsza płyta Godflesh zaskakuje tym pozytywniej, że ulepiona niby z podobnych materiałów, pozostawia we mnie uczucie obcowania z czymś nowym i nie jest tylko kolejną cegiełką wyciągniętą z pudełka z napisem „industrial metal”. Oczywiście to brudne i przytłaczające brzmienie obecne jest i tutaj, ale to, co wyróżnia tę płytę z dyskografii zespołu, jest fakt, że oprócz przytłaczających ciężarem gitar i nastroju jak z wnętrza trumny, całość oparta jest na mocno dubowych fundamentach. Justin otrzepał bas z gruzu i postawił na rytm. Niby prosty zabieg, ale dzięki temu muzyka dostała więcej oddechu, jest mniej zmetalizowana, a samo brzmienie może budzić skojarzenia z prehistorią post-punka. Dream metal? Niech będzie. Po tylu latach Godflesh nadal zaskakuje kreatywnością i przesuwa granicę ekstremalnego grania. Tym razem obrał kierunek: eteryczność.

idles - brutalismIdles – Brutalism
Jakże trafny, co do zawartości muzycznej, jest tytuł tej płyty. Przepełnia ją muzyka agresywna, bezpośrednia, dynamiczna i niezbyt skomplikowana. To samo dotyczy tekstów, które odnoszą się do otaczającej muzyków rzeczywistości. I nie ma znaczenia, czy śpiewają o Bristolu, bo brudne ulice, szare blokowiska i zaśmiecone trawniki są też obok nas. To krajobraz świata brudnego, nieprzyjaznego dla „zwykłych ludzi”, ich matek, kolegów czy znajomych. Wokalista Joe Talbot w sposób prosty i dosadny, acz niepozbawiony ironii mówi o tym, co go boli i dzięki wewnętrznej charyzmie trudno mu nie przytaknąć. Brutalism to album idealny na pobudzenie wewnętrznej złości, która siedzi (czasami głęboko) w każdym z nas. Pytanie o to, co z nią zrobić, gdy już się wydostanie, pozostaje otwarte.

the horrors vThe Horrors – V
Mamy tu całe spektrum zapożyczeń od największych z lat 80-tych: industrialne gitary skąpane w jaskrawym świetle neonu niczym w najlepszych kawałkach Gary’ego Numana w singlowym Machine. Podlane obficie syntezatorowym sosem, w którym aż chce się zanurzyć po same uszy Ghost czy Point of No Reply. (…) Jest też i prawdziwa synthpopowa perełka w postaci zamykającego płytę Something to Remember me By, zawierająca tych wszystkich świecidełek po trochu, stanowiąca idealne wręcz połączenie nostalgiczno-optymistyczno-melancholijnego klimatu. Jak kiedyś wyreżyseruję jakiś Sundance’owy film, to użyję tego utworu w najważniejszej scenie. Obiecuję.

folderThe National – Sleep Well Beast
The National wydali kolejną, bardzo podobną do poprzednich albumów płytę, ale nie widzę w tym niczego złego. Nadal mamy do czynienia z dość melancholijnym, miejscami nawet ponurym nastrojem, a „zmęczonego” wokalu Matta Berningera nie da się przecież pomylić z żadnym innym. Z każdym kolejnym odsłuchem znajduję jednak w tych utworach coś nowego. Delikatne dźwięki klawiszy gdzieś w tle The System Only Dreams In Darkness, rozedrgana, nadająca intymnego nastroju perkusja w Guilty Party czy elektroniczne szumy w piosence tytułowej. Dużo też tutaj grania ciszą, zapętlania pewnych motywów i dokładania do nich kolejnych warstw. I choć poszczególne utwory pomimo ukrytych smaczków są do siebie dość podobne i niezbyt zapamiętywalne, to klimat całości, jakkolwiek przewrotnie to nie zabrzmi, tylko na tym zyskuje.

odonis odonis - no popOdonis Odonis – No Pop
Odonis Odonis to zespół wielu gatunków. Grali już noise, grali post-punk, romansowali nawet z surf rockiem i shoegaze. Na najnowszym krążku skręcili w obdrapaną bramę z napisem „industrial” i zamienili gitary na syntezatory. Tak mógłby brzmieć The Downward Spiral, gdyby Trent Reznor miał ochotę dorzucić do swoich kompozycji trochę wpływów ze sceny techno. No Pop to nie marketingowe kłamstwo – nie ma tu miejsca na ładne melodie, wygładzone piosenki i letnie przeboje. Album śmierdzi stęchlizną, ocieka brudem i bez zapowiedzi wwierca się w głowę. Mechaniczne, powtarzalne i bardzo proste, elektroniczne dźwięki, wprowadzają odhumanizowany i nieprzyjazny nastrój. Taki, w którym ludzkości już dawno nie ma.

oxbow thin black dukeOxbow – Thin Black Duke
Po dziesięciu latach milczenia Oxbow wydali wreszcie nowy album. Po takim czasie można było się zastanawiać, w którą stronę pójdą. Zubożą brzmienie w związku z koniunkturą na hałaśliwe granie? Może postawią na większą transowość? Albo wręcz przeciwnie – dodadzą więcej jazzowych elementów, które zawsze przewijały się w ich twórczości? Jednak jakkolwiek to nie zabrzmi, to Oxbow pozostali po prostu sobą. To dalej to samo, nieprzyjemnie chropowate granie, okraszone różnymi, wydawałoby się zmiękczającymi, a w praktyce tylko komplikującymi brzmienie, orkiestrowymi dodatkami, takimi jak pianino, dęciaki czy instrumenty smyczkowe. Dodajmy do tego kompletnie szalony wokal Eugene Robinsona, który w trakcie jednego utworu potrafi przekazać wszystkie możliwe do osiągnięcia dla człowieka stany emocjonalne, a dostaniemy Oxbow AD 2017. Zespół eksperymentów, dla którego dziwne, znaczy normalne.

cebb0744Priests – Nothing Feels Natural
Wszystko rozchodzi się tu o punk, chociaż bliżej grupie do jego późniejszej reinkarnacji z przedrostkiem post w nazwie. Co charakterystyczne dla tego gatunku, zespół wykorzystuje tę formę jedynie jako punkt wyjścia do dalszych poszukiwań w sferze brzmienia. I tak (…) klasycznie post-punkowe, z nutką noise rocka, Nicki, przechodzi płynnie w mroczny disco-funk w Lelia 20. Ciekawy zabieg zastosowano w No Big Bang, gdzie zamiast klasycznej linii wokalnej, mamy coś w rodzaju melorecytacji, a samemu tekstowi, zgłębiającemu ciemną stronę kreatywności i ceny, jaką trzeba za nią zapłacić, towarzyszy miarowa i klaustrofobiczna oprawa dźwiękowa. Szybkie i podbite funkiem Puff oraz (…) trochę nerwowe Suck (…) zdradzają z kolei inspiracje takimi grupami jak Gang of Four czy Talking Heads.

slowdive - slowdiveSlowdive – Slowdive
Powrócili z nowym krążkiem po 22 latach. Przez ten okres zmieniło się wiele: rynek muzyczny, jego odbiorcy oraz uczestnicy, a także samo brzmienie i popularność gatunku muzycznego, w którym od zawsze się poruszali. I po wysłuchaniu ostatniego albumu odnoszę wrażenie, że zmieniło się wszystko, oprócz samego brzmienia Slowdive. Nagrać tak równą, a jednocześnie naznaczoną własnym stylem płytę przy tak wielu zespołach, które jawnie lub też w mniej oczywisty sposób inspirują się klasycznymi dokonaniami grupy z Reading, to naprawdę duża sztuka. Szczególnie, że przy okazji udało się jej skomponować tak piękne utwory, jak chociażby singlowy Sugar for the Pill. A na albumie wyróżniających się momentów jest przecież cała masa. Nieoczekiwanie dobry i potrzebny powrót.

so slow 3t 2So Slow – 3T
Trzecia płyta, trzy utwory i tak naprawdę trzecia, muzyczna odsłona So Slow. Na pierwszy rzut oka 3T przynosi rewolucję brzmieniową. Zamiast wokalu, mamy głos, który używany jest tu raczej jako kolejny instrument. Co prawda w kilku momentach mamy do czynienia z ostrzejszym brzmieniem gitary, ale to elektroniczny beat jest tym, co wyznacza ścieżki poszczególnym kompozycjom. Bezpośredniość i wściekłość ustąpiły miejsca psychodelicznej podróży i popadaniu w trans, który ogarnia nas wraz z każdym kolejnym, wybrzmiałym dźwiękiem. Ale czy na pewno zmieniło się wszystko? Pomimo nowych środków wyrazu, pierwotna agresja, tak mocno wyczuwalna na poprzednich płytach, obecna jest również i tutaj. Musimy ją jedynie wyłuskać spod elektronicznych, rozimprowizowanych ścieżek i nieoczywistej, ale nadal charakterystycznej dla tej grupy gry sekcji rytmicznej. 3T to album, któremu trzeba poświęcić się w całości i przy którym „słuchanie w tle” po prostu się nie sprawdzi. Nie mogę doczekać się kolejnego wydawnictwa i tego, jaką tym razem drogą podąży So Slow. Na szczęście dzięki 3T okres oczekiwania upłynie na poszukiwaniu nowych dźwięków, zatopionych w kolejnych warstwach tych muzycznych poszukiwań.

stef chura messesStef Chura – Messes
W zalewie bardzo podobnych do siebie grup z kręgu szeroko pojętego, kobiecego indie, materiał nagrany przez Stef Chura wyróżnia się przede wszystkim autentycznością. W głosie i tekstach Chury czuć całe spektrum emocji – od tych przyjemniejszych do tych, które zazwyczaj zakopujemy gdzieś głęboko i tłumimy, by nigdy nie wyszły na powierzchnie. Muzycznie czuć na płycie sporo inspiracji klasykami indie, takimi jak Throwing Muses czy nawet The Breeders. Stef do stworzenia tego albumu popchnęły przeżycia osobiste i wszelkie związane z tym uczucia, udało jej się przelać w stworzone przez siebie dźwięki, dzięki czemu poszczególne kompozycje są przemyślane i co najważniejsze – wyraziste. Na pierwszy plan wysuwa się w nich wokal i gitara, dzięki którym Chura buduje odpowiedni nastrój do tego, by opowiedzieć słuchaczowi swoją historię.

szezlong overlapSzezlong – Overlap
Nagrać świetną płytę, rozpaść się i przejść do historii. Znany motyw, ale o ile pierwsze dwa punkty tego planu pozostają w gestii pomysłodawcy, tak już na ten ostatni wpływu nie mamy. Nie wiem, jak historia obejdzie się z Szezlong, ale wolałbym, żeby nie byli wspominani tylko przy okazji ogranego tekstu pt. „mieli potencjał, ale się rozpadli”. I nie, nie jest to przesada, bo druga płyta poznańskiego składu to naprawdę kawał rewelacyjnego, alternatywnego grania. Zespół miesza wpływy „klasycznego” indie z noise rockiem i post-punkiem, dodając do tego własną, ponurą wrażliwość. Utwory, które znajdują się na płycie, przepełnione są melancholią i smutkiem, a jeśli gdzieś pojawia się złość, to tylko na chwilę. Całość brzmi raczej jak wyznania kogoś, kto pogodził się już z tym stanem, niespecjalnie próbuje albo w ogóle chce go zmienić. Parafrazując, jest przygnębiająco, ale chociaż stabilnie. I może dlatego tak bardzo trafiają we mnie te monotonnie przesterowane dźwięki przechodzące w chwile wyciszenia, przerywane jedynie nielicznymi, kakofonicznymi zrywami, jak chociażby kończącym płytę The Last Walk.

variete nie wiemVariété – Nie Wiem
(…) „Nie wiem” naprawdę zaskakuje bogactwem dźwięków. To muzyka wymykająca się klasyfikacjom. Jednocześnie zimna i ciepła, pogmatwana i prosta, piękna i zraniona. Mam też wrażenie, że pod względem synergii pomiędzy tekstami a samym brzmieniem i aranżacjami, jest to album wyjątkowy w dyskografii Variété. Słuchając Nie wiem nie mamy poczucia tego, że tekst jest ważniejszy. Zarówno liryka, jak i muzyka, idą w jednym tempie, opowiadają nam wspólnie historie i próbują coś przekazać. Nie narzucają jednak własnych interpretacji, nie wymyślają i nie podsuwają gotowych rozwiązań. Nie ma tu żadnych zakazów, nakazów. Jest za to obserwacja i opis własnych myśli. I właśnie brak wielkich sentymentów do przyszłości, skupieniu na tym, co przed nami, stanowi główny temat tego wydawnictwa. I czy dźwięki toną w aranżacji jazzowej (hipnotyczna partia saksofonu w Palę pod; dark jazzowy nastrój w Ejła), czy dubowej, uzupełnionej dużą zawartością elektronicznych dodatków (niespokojny, rozedrgany Różaniec; niemalże trip-hopowa, psychodeliczna Trasa W-Z), funkowej (odrealnione Kina, rozmarzony Nadruk) lub gdy mieszają ze sobą wszystkie powyższe środki (akustyczno-elektroniczne Najpiękniejsze miejsca; Kanapy ze świetną, długą gitarową solówką oraz rozbudowane, emocjonalne i podsumowujące Pod dzikimi jabłoniami), to sensem pozostają słowa „Robiłem już wszystko / i nigdzie nie chciałbym wracać / niczego powtarzać”. Nie ma tu żerowania na własnej przeszłości, nie ma odcinania kuponów. Jest pójście pod prąd, własną drogą, ale do przodu. (…)

wailin storms - sick cityWailin Storms – Sick City
Krótka, 33 minutowa płyta, która przynosi więcej emocji niż suma kilkudziesięciu innych, wydanych w 2017 roku albumów. Bezpośrednia kontynuacja debiutu, utrzymanego w bardzo podobnym tonie. Sick City to mieszanka opętańczego wokalu z garażową produkcją, post-punkowymi eksperymentami w strukturze melodii, gotycką atmosferą i noise’owym wykopem. Jakby tego było mało, to całość kipi atmosferą południa USA, wymieszanego z klimatem noire. Nie ma co się śmiać, tak brzmią ballady o końcu świata, a Wailin Storms to grupa, która w takim miejscu pełniłaby rolę mesjaszy rocka i zapełniałaby swoimi koncertami najbardziej nieprzyjemne speluny, gdzie muzyka pełni rolę religii, a marny alkohol przynosi wyczekiwane i krótkie chwile zbawienia. A paradoks tej płyty powoduje, że i tak chcielibyśmy się tam znaleźć.

war on drugs A Deeper UnderstandingThe War On Drugs – A Deeper Understanding
Zastanawialiście się kiedyś, jak brzmiałoby indie rockowe Dire Straits? Już nie musicie, bo odpowiedź przynosi ostatni album The War On Drugs. Adam Granduciel, który skomponował wszystkie utwory z tej płyty, bardzo sprawnie porusza się pomiędzy folkowo-gitarowym, klasycznym graniem, a indie rockową, nowocześniejszą przebojowością. I nie jest to wojna pokoleń, bo te dwa pierwiastki nie gryzą się ze sobą w żadnym momencie. W efekcie powstała płyta mocno zakorzeniona w tradycji bluesowej, która jednak nie pachnie naftaliną i która nie zrobi z nas fanów Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty. To ma też swoją wadę, bo niczego odkrywczego tu nie znajdziecie, ale tak ładnej, z lekka nostalgicznej i po prostu przyjemnej w obcowaniu muzyki aż tak dużo w tym roku nie było. Chyba.