Nazwę wzięli prawdopodobnie od tytułu powieści sci-fi, napisanej przez Samuela R. Delany’ego, wydanej w 1966 roku. Książka otrzymała nagrodę Nebula, ale zespół nie miał niestety tyle szczęścia. Opisywana tutaj płyta miała zostać pierwotnie wydana nakładem wytwórni Lively Art, ale ta splajtowała. Zespół się rozpadł, ale materiał został już nagrany. Nigdy go nie wydano, za to wyciekł do sieci i cóż – posłuchać możemy go teraz i my. A, a sama grupa pochodzi z Francji.

Pierwsza część płyty to „późny coldwave” z bardzo wyraźnym basem, post-punkową konstrukcją, ale jednocześnie ozdobiony dużą warstwą elektroniki, która całości nadaje mocnego, tanecznego sznytu. Melodii jest tu bez liku i widać, że zespół zaczął skręcać w stronę bardziej ugładzonego brzmienia. Mroczniejsza strona zespołu widoczna jest jedynie w brzmieniu gitar, które są ciężkie i wybijają się na tle dość leniwego i spokojnego wokalu.

Ta hybryda stylów potrafi zaskoczyć (takie „Kiddie’s Gone”, gdyby trochę podkręcić wzmacniacze, mogłoby być potencjalnym shoegaze’owym klasykiem). Najbardziej widać to w drugiej części albumu, gdzie quasi-mroczny nastrój łączy się dubowym podbiciem, „tanią” elektroniką i nawet… partiami rapowanymi („Shamanic”), co daje dość osobliwy, ale i ciekawy efekt. Gitarowo-elektroniczne „The Nightmare Goes On” brzmi jak odrzut z którejś z sesji Killing Joke, „Sense of Life” to industrialne reggae, „Virtual Vision” przypomina błędną, muzyczną interpretację twórczości Kraftwerk.

Ostatnie utwory to już kompletna wycieczka poza Ziemię w stronę wesołego, pełnego tańczących ludków, kosmosu i nie wiem na ile traktować te utwory na poważnie, bo formą (i tytułami zresztą też) przypominają remiksy. Nie zmienia to jednak faktu, że (może właśnie) dzięki temu jeszcze mocniej pasują do tego, nieznającego umiaru w stosowaniu muzycznych środków, albumu. Albumu, który w jakiś przewrotny sposób działa jako całość i wart jest poznania.