Tuż po nagraniu głośnego debiutu z Pearl Jam, Stone Gossard zrobił krok w bok i wysmażył zupełnie różną od swojej macierzystej formacji płytę ze składem Brad. Potrafię sobie wyobrazić, że to jego nazwisko przyciągało w tamtym czasie sporo fanów Pearl Jamu na koncerty jego nowego zespołu. I jak bardzo ci sami fani musieli być zaskoczeni tym, że to nie jest kolejny grunge’owy projekt.

Gossard znany był przecież nie tylko z Pearl Jamu, ale też ze składów, które stworzyły podwaliny pod flanelowy gatunek, takich jak Mother Love Bone, Temple of the Dog czy Green River. W Brad nie odgrywa on jednak aż tak istotnej roli. To wokalista i klawiszowiec, znany z zespołu Satchel Shawn Smith, wiedzie prym na tej płycie. To jego ciepły głos i subtelna gra na pianinie robi całą robotę w takim Screen i to nawet pomimo tego, że w kulminacyjnym momencie pojawia się emocjonalne, gitarowe solo. To też jego wokal wprowadza do muzyki bluesowe i soulowe elementy jak w intymnym Buttercup. To wreszcie dzięki niemu dość standardowa ballada, jaką jest Good News, przykuwa uwagę i staje się czymś więcej.

Panowie potrafią dodać sporo funku do swoich kompozycji. To na basowym podbiciu i klawiszach oparty jest monotonny w ogóle, a przyjemnie bujający w szczególe 20th Century. Raise Love może budzić momentami skojarzenia z Jane’s Addiction, a tytuł miniaturki Bad for the Soul mówi sam za siebie. Z drugiej strony trochę mroku też się tu znalazło, ale ma on odcień bardziej subtelny, jak w nastrojowym, z lekka wyciszonym Down czy w mocno niepokojącym, zaśpiewanym przez basistę Jeremy’ego Tobacka Rockstar.

Zamykające płytę We to Brad w pigułce. Znowu mamy prosty, klawiszowy motyw, nie bardziej skomplikowany gitarowy riff, eteryczną sekcję rytmiczną i towarzyszący tej muzycznej mieszaninie, pięknie rozmarzony głos Smitha. Mieszając nieprzystające do siebie style, grupa stworzyła coś, co broni się do dzisiaj. Album trochę rockowy, mocno uduchowiony, w wielu fragmentach piękny, a przede wszystkim bardzo dobry.