Na debiutancki album Artificial Pleasure czekałem od czasu, gdy znalazłem się pod sceną na ich koncercie podczas zeszłorocznego Soundrive Festival. To wtedy zobaczyłem na żywo nowe, bardziej „dyskotekowe” wcielenie Talking Heads. Panowie niezbyt ukrywali swoje fascynacje, które ujawniały się zarówno w ubiorze (kolorowe garniturki), jak i brzmieniu. Byli szczerzy od początku do końca, bawili się tą formułą i przy okazji zagrali kilka naprawdę świetnych, tanecznych numerów.

Jeśli trochę już takich „debiutantów” widzieliście, to pewnie wiecie, że ryzyko co do studyjnego materiału było spore. Scena to nie studio i część charyzmy bądź przebojowości może w nim po prostu nie zadziałać. Jeśli utwory nie są wystarczająco dobre, a aranżacje nie porywają, to ulatuje całe zainteresowanie i zespół pozostaje nieźle zapowiadającą się grupą z niewykorzystanym potencjałem – niczym więcej. Artificial Pleasure to nie grozi, ale ich pierwsza płyta tylko zaostrza apetyt i nie syci w pełni.

Grupa nagrała płytę dobrą, ale jednak czegoś do zdobycia mistrzostwa tu zabrakło. Ta mieszanka popu z funkiem, zamoczona z lekka w syntezatorowym dipie potrafi porwać, ale zdarzają się też lekkie przestoje. Jest w tym wszystkim szyk, jest elegancja i dobra zabawa. Jeśli na dźwięk słów „new romantic” włącza Wam się tryb surykatki, to będziecie bawić się dobrze. Gorzej, jeśli szukacie czegoś, czego jeszcze nie słyszeliście. Wtedy niczym jeż nocą potuptacie w inne rejony.

Właśnie, bo Artificial Pleasure zgrabnie połączyli stylistykę kiczowatych lat 80-tych z nowocześniejszą produkcją i dodali do siebie elementy, które charakteryzowały muzykę takich grup jak Roxy Music, Talking Heads czy Heaven 17. To świetny i momentami nawet porywający pomnik postawiony idolom z dzieciństwa. Ciekaw jestem jednak, czy zespół przeskoczy poziom dalej i zdoła w przyszłości dodać do tego troszkę więcej własnej tożsamości.

Na odpowiedź trochę pewnie poczekamy. Ja póki co idę tańczyć. Do The Bitter End oczywiście.