Słów kilka: Thot to grupa z Belgii. Mają już na koncie kilka albumów i EPek, ale jak sami mówią, płyta Fleuve z 2017 roku jest dla nich nowym otwarciem. Ich twórczość nie jest łatwa do sklasyfikowania. Łączą ze sobą industrialnego rocka z post-rockowymi aranżacjami, a syntezatory mają w ich rękach do powiedzenia równie dużo, co przesterowane gitary.

Czego przesłuchać przed: Fleuve oznacza „strumień” bądź „rzekę” po francusku. I to właśnie nazwy europejskich rzek stanowią tytuły kolejnych utworów tego albumu. To bardzo trafnie dobrany koncept do zawartości muzycznej tej właśnie płyty. Niemal tak samo jak nieprzewidywalne są wody rzeki, tak samo zaskakująca, czasami nawet niezdecydowana, bywa muzyka tworzona przez Belgów. Od prostych, post-industrialnych fragmentów płynnie przechodzą do brzmień pokręconych (Odra); proste, rockowe utwory potrafią w odpowiednim momencie obudować repetytywnymi, wręcz transowymi dźwiękami (Rhone); przesterowanym gitarom towarzyszy mocna perkusja, a ją z kolei uzupełnia dodatkowy, syntezatorowy podkład (Vltava). Najciekawiej wypadają w tych rozbudowanych, dłuższych kompozycjach (Rhein, Duna), gdzie udaje im się zbudować odpowiedni klimat i emocje. Mniej udane są te momenty, w których próbują być subtelni (Volga), ale nawet tym nie brakuje najważniejszego. Emocji.

Must listen: Thot – Duna

To chyba najciekawszy utwór z Fleuve. W takiej rzece nie jest trudno o wypadek. Nurt ciągnie nas w dół, by za chwilę dać trochę oddechu i nadzieję na to, że jednak przetrwamy. Zaraz jednak zrywa się wiatr, nadciągają chmury i znowu znajdujemy się pod wodą. Ostatkiem sił wypływamy i… wszystko zaczyna powtarzać się od początku.

Dla zaawansowanych: Udało mi się przesłuchać jeszcze The City That Disappears z 2014 roku. To cięższy album od Fleuve i trochę prostszy w swojej konstrukcji. Jeśli podobało Wam się Fleuve, to można sięgnąć.

Gdzie i kiedy: Czwartek, 23.30, Slipway Stage