Znienawidzona przez fanów Cabaret Voltaire płyta słuchana po latach, bez jakiegokolwiek kontekstu, okazuje się być imprezowym bangerem. I jest to balanga bez zahamowań, do samego rana z całkiem nieźle ogarniającym DJem oraz potężnym kacem dnia następnego.

Groovy, Laidback and Nasty jest płytą popową i taneczną. Czytając komentarze pod jej oceną na RateYourMusic widać oburzenie, a wręcz obrzydzenie fanów grupy tym faktem. Oczywiście to nie dziwi, bo Cabaret Voltaire to przecież prekursorzy (a przynajmniej wybijający się artyści)  industrialnego stylu. Tylko że dubowe naleciałości było obecne u nich już wcześniej, chociażby na The Voice of America. Na omawianej teraz płycie poszli jednak na całość. Po industrialu nie ma śladu, a samplery spełniają tu rolę maszyn do rozkręcania pląsów na parkiecie. Do tego delikatny wokal, który niesie same utwory, ale na pewno nie ma oprócz tego zbyt wiele do przekazania (Hypnotised). Za to zachęca do tego, by te kilka fraz wyśpiewać razem z wokalistą.

Właśnie, bo Groovy, Laidback and Nasty to nie jest album, którego znajomością na pamięć będziecie chwalić się w towarzystwie. Za to, gdy puścicie go w gronie osób, które wstają od stołu i próbują z siebie wypocić procenty, to gwarantuję, że zrobi się tłoczno. Cabaret Voltaire są tu totalnie bezkompromisowi w swojej kiczowatości. Wchodzą w nią całkiem serio i tworzą takie beaty, że nóżka chodzi sama. Przy tym muzyka jest lekka, melodie łatwo wpadające w ucho, a całość ultraoptymistyczna.

Ten optymizm się udziela i trzeba być naprawdę dużym mrukiem, by podczas takiego Keep On (I Got This Feeling) podpierać ściany. Cabaret Voltaire dorzuca też sporo dodatków do swojego elektronicznego remedium na depresję. „Biały funk” i damskie wokalizy w Minute by Minute, rapowane wersy w Runaway, disco w Keep On (I Got This Feeling) czy pre-eurodance w Magic. Trochę wytchnienia dostajemy dopiero pod koniec płyty w ostatnich trzech kompozycjach, gdy nóżki przestają już tak szybko przebierać, a ciało, zamiast tańczyć, raczej nastrojowo się kołysze.

Polecam wrócić do tej płyty bez uprzedzeń i samemu wyrobić sobie opinię co do tego, czy faktycznie jest taka słaba. Chyba że nie lubicie imprez. Są tu tacy?