Nie wiem, skąd wziął się George Clanton, a po takiej ilości czasu spędzonego ze Slide głupio mi już teraz o to pytać. Czuję jednak, że fajny z niego gość, bo ot tak nagrał sobie jedną z najlepszych popowych płyt zeszłego roku. Czytaj dalej, by dowiedzieć się, jak to zrobił!

Połączył wszystkie swoje inspiracje: synthpop, elektroniczną muzykę taneczną, neo-psychodelę i przede wszystkim chillwave. Otworzył okno, za którym rozpościerał się piękny widok na rozgrzane słońcem Los Angeles, odpalił laptopa, nastroił gitarę i zaczął tworzyć.

To powyżej to tylko moja projekcja, ale nie zdziwiłbym się, gdyby była bliska prawdy. Clanton stworzył album bardzo melodyjny, trochę melancholijny i wesoły zarazem, a przy tym wszystkim przepełniony totalnym luzem. Faktycznie połączył ze sobą wszystkie ww. gatunki, do których dodał swój delikatny, będący lekko w tle, ale nadający tym wszystkim dźwiękom niesamowitej lekkości głos.

To płyta, która bardzo poprawiała mi humor. Niewymuszona i szczera, bez pozerki. W dodatku podczas jej odsłuchu czułem się lekki jak chmurka. Bezcenne uczucie.