Nadrabiania ciąg dalszy. Dziś lekko zmieniona forma, bo niżej opisane albumy pochodzą z moich osobistych rekomendacji na Spotify. Tak, przełamałem się. I jak wypadły algorytmy? O tym w dalszej części tekstu. Nadmienię jeszcze, że wszystkie albumy wydane w tym roku. Pachną nowością!

Frankie and the Witch Fingers – ZAM (2019) [garage psychedelic rock]

Garażowa psychodela rodem ze Stanów Zjednocznych Ameryki, a dokładnie to z mieściny Bloomington w Indianie. ZAM to ich piąta płyta, a powstali w roku 2013, więc jak troche podkręcą tempo, to mogą zostać nowymi Thee Oh Sees. To zresztą niejedyne podobieństwo do zespołu kolegów z San Francisco, choć Frankie and the Witch Fingers aż tak szaleni co John Dwyer i spółka to nie są. Dzięki ZAM mogą jednak zyskać popularność, bo na tym albumie energii mają naprawdę sporo, a krótsze, bardziej bezpośrednie „garażówki” (pędzący Realization, funkowy Pleasure, uroczo melodyjny Purple Velvet) bardziej kompozycjami pokomplikowanymi, niemal progresywnymi (krautowy Underneath You, oldschoolowy ZAM). Sporo też w ich muzyce odniesień do klasyków rockowego gatunku w stylu Grand Funk Railroad czy Grateful Dead.

The Foreign Resort – Outnumbered (2019) [post-punk, darkwave, shoegaze]

Duński zespół post-punkowy, co to brzmienie The Cure z Clan of Xymox chciał ożenić. Udało się, bo Outnumbered to lekkość zabarwiona mrokiem (albo też mrok zabarwiony lekkością) zapożyczona wprost od grupy Roberta Smitha z elementami rozedrganych, zapętlonych gitar, pełnym emocji wokalem o barwie Ronny’ego Mooringsa i syntezatorowym brzmieniem, które poderwie do tańca każdego mruka. Zanim zaczniecie narzekać na powtarzalność, to posłuchajcie sobie tej (prostej i oczywistej) mieszanki, bo zespół na bazie tak nieoryginalnego brzmienia tworzy naprawdę świetne numery. Oparty na basie, darkwave’owy klasyk Burn in the Night, bardziej gitarowy, taneczno-melancholijny In Gloom, pościelówa z elementami ebm Hearts Fade Out czy ponury Send Your Heart to the Riot, który z powodzeniem mógłby powstać w trakcie sesji do płyt The Cure, Bloodflowers czy Disintegration. Dobre, a jest tego więcej.

Drahla – Useless Coordinates (2019) [art punk, noise rock]

Uwaga, no wave wraca na salony, a przynajmniej ma taką szansę w najbliższej przyszłości i to wszystko dzięki projektowi Drahla. Dobra dobra, tak pewnie się nie stanie, ale jeśli jednak to byłby to zabawny paradoks, bowiem Drahla to brytyjska grupa, której bazą wypadową jest Leeds. Nie przeszkadza jej to jednak w zgrabnym łączeniu połamanego rytmu z dęciakami, gitarowej oszczędności z chropowatym brzmieniem, zaangażowanych tekstów z funkowym podbiciem i damskiego, wycofanego wokalu z przekazaniem esencji, czyli tego, co ją denerwuje. Znajdziemy tu i motywy rodem z klasyków, takich jak Lydia Lunch i jej Teenage Jesus and the Jerks, jak i zespołów nowszych, takich jak Priests i (w mniejszym stopniu) Shopping. Przede wszystkim jednak na Useless Coordinates znajdziemy bogactwo pozornie niedopasowanych do siebie motywów, stylistycznych strzępków i nieoczywistych fragmentów, które okazują się być, przy kolejnych odsłuchach, dokładnie tam, gdzie powinny.

Versing – 10000 (2019) [indie rock, noise pop]

Pochodzić z Seattle i nazwać swój pierwszy album Nirvana to akt odważny lub głupi, a jedno nie wyklucza zresztą drugiego. W każdym razie daje to klucz do interpretacji twórczości Versing, ponieważ grupa od początku nie kryje się ze swoimi inspiracjami. Te jednak nie dotyczą sceny grunge’owej, a przynajmniej nie bezpośrednio i nie na ich drugim albumie, czyli 10000. Za to bardzo dużo tu flanelowego noise rocka lat 90-tych, a także przesterowanego brzmienia takich grup jak Dinosaur Jr., Sonic Youth, Pavement czy Pixies. Jest też drugi ważny pierwiastek, którym jest skłonność do pisania lekkich, zabarwionych punkiem i klasycznym indie przebojów, które na długo po ich wysłuchaniu nie chcą nam wypaść z głowy i to przemawia za tym, że do 10000 chce się wracać.