Wszystko Jeszcze Jest było dla mnie wyzwaniem. Od pierwszych sekund nasze uszy atakuje hałas. Dźwięki nachodzą na siebie warstwami i nie stanowią jednej, zwartej konstrukcji. Nacierają ze wszystkich stron: chropoty, stukoty, szumy, brzdęki, jazgoty i dysonanse. Efekt ogłuszenia potęguje to, że spod całej tej kakofonicznej zbieraniny dźwięków wyłania się przyjemny, kobiecy głos. Pocięty, toczący ciągłą walkę z otaczającym go zgiełkiem, próbujący nadać temu zepsutemu światu choć trochę światła w postaci delikatności i wprowadzić w nim pozorny porządek za pomocą zalążków melodii.

Nac/Hut Report wywraca do góry nogami fundamenty dream popu. Na Wszystko Jeszcze Jest gatunek ten jest negatywem dla samego siebie. Są tu bowiem kluczowe, dream popowe elementy: wokal, ale też senna i powolna atmosfera. Sen ten nie jest jednak przyjemny. To koszmar, z którego nie możemy się wyrwać. Jednak nawet najgorszy koszmar nadal jest snem i w ten sam, oniryczny sposób oddziaływać może na słuchacza ta płyta.

Nastrój wydawnictwa to źródło do jego interpretacji. Muzyka z końca świata? Odwieczna walka dobra (głos) z otaczającym go złem (muzyka)? A może symbol tego, co czeka nas wszystkich, a przed czym nieustannie się bronimy? Nie ma jednego klucza. Odpowiedź pozostaje otwarta.

To album bardzo emocjonalny i od samopoczucia, a także od sytuacji i miejsca, w którym będziemy go słuchać, zależy jego odbiór. Ja sam nie jestem pewien. Czasami wydaje mi się, że głos zaczyna górować nad dźwiękiem. Innym razem mam wrażenie, że to po prostu repetytywność brzmienia mi powszednieje i zaczynam rozpaczliwie wyłuskiwać z tego coś, co jest dla mnie choć trochę milsze i przyjemniejsze. Bywają też dni, gdy czuję, że głos cichnie i pozostaje tylko hałas.

Płyta dostępna też na Bandcampie.