Nie róbcie tego błędu, co ja. Nie googlujcie nazwy zespołu w celu znalezienia jego zdjęcia. Fraza pavement pizza, posługując się definicją Urban Dictionary, oznacza bowiem: „vomit on the pavement, typically found on main street on a Sunday morning”. Taaaa. Zdarzało się natykać na takie niespodzianki w okolicy. Nic miłego.

Na szczęście na muzyce znam się (trochę) lepiej niż na ulicznym slangu. Pavement Pizza pasuje mi na bliskiego kuzyna warszawskich indie/post-hardcore’owych składów z okolicznych garaży, takich jak Bastard Disco czy The Spouds. A i do takich Zwidów czy Hanako też im niedaleko. Na dodatek ich ojcem chrzestnym byłoby pewnie Guiding Lights. Ładną scenę mają w tej Warszawie.

Mając na uwadze powyższe, trzeba dodać jeszcze to, że Pavement Pizza jest zdecydowanie bardziej melodyjne od pozostałych członków swojej rodziny. Ich muzyka to z gruntu proste i energetyczne piosenki, nagrane bez zbędnych ozdobników. Trochę niechlujnie, ale dzięki temu autentycznie.  EPka została zresztą nagrana w piwnicy jednego z członków zespołu. Jestem niemal pewien, że podjadali wtedy pizzę i popijali ją jakimś procentowym trunkiem. Założę się też, że robili to w sobotę. I trwało to do późnych godzin nocnych lub wczesnoporannych. A potem w niedzielę… nie, nie idźmy tą drogą.

Po wysłuchaniu tego materiału chyba zaczynam rozumieć genezę nazwy grupy. Ten materiał, gdyby nagrać go w dobrym studiu, wygładzić brzmienie i dodać trochę nowoczesnych patentów mógłby być jak dorodna hawajska. Tylko jakim trzeba być psycholem, by sięgać po hawajską, gdy pod ręką ma się pepperoni? Nawet jeśli przyjdzie nam zapłacić za to mało przyjemną cenę dnia następnego, to przecież i tak warto.

A tutaj Bandcamp.