Siadam i chcę pisać. Oczywiście wcześniej odpalam po raz któryś płytę, którą zamierzam polecić, ale tym razem jest jakoś inaczej. Okresy braku weny to nic nowego, ale nie, to nie to. Słaby warsztat? Może, nie przeczę. W głowie wygrywa jednak opcja tego, że to muzyka z gruntu nieopisywalna i niemożliwa do uchwycenia w ramy tekstu. Bez wyraźnych cech, a może raczej odwrotnie – o zbyt wielu właściwościach. Taka jest ta Dwuja.

Michała Miegonia znacie pewnie z Kiev Office, ale to przecież tylko jeden z mnóstwa jego projektów (inne to The Shipyard, Neverending Delays, 1926, Plastic Chants; a oprócz tego praca realizatorska we własnym studiu). Adam Witkowski to połowa Nagrobków, ale też członek eksperymentalnych, jazzowych składów, takich jak Wolność czy Gówno. Z tymi informacjami możemy już coś zrobić; możemy się domyślić, dlaczego Dwuja brzmi tak, jak brzmi. Dodajcie do tego fakt, że nagrania trwały kilka dobrych lat, koncepcja zmieniała się kilkukrotnie, a pewnie i sami twórcy nie są pewni, czy aby nie nagrali na siebie ścieżki z pierwotnych wersji z tymi ostatecznymi. To ostatnie to moja autorska hipoteza. Tak, dźwięków jest tu naprawdę dużo. I wydają się kompletnie do siebie nie pasować.

Spróbujmy to ogarnąć. Otwierające Od siarki do gwiazd niczym nie ustępuje w klimacie ostatniemu sezonowi Twin Peaks. Dziwność wręcz wylewa się z tej kompozycji. Bazującej w głównej mierze na dark ambientowym podkładzie i różnorakich (nie śmiem nawet zgadywać jakich), niepokojąco brzmiących instrumentach. To wrażenie pogłębiają pojawiające się tu i ówdzie przetworzone głosy; taśma wydaje się rwać, a linearność to pojęcie, które nie istnieje. Następny w kolejce Zrost zaczyna się nowofalową gitarą i wyraźnym basem, ale instrumenty te rozjeżdżają się niemal od razu w zupełnie inne rejony. Do tego dochodzi synthpopowy klawisz i mamy przepis na intrygujący antyprzebój, w którym zamiast klasycznej solówki dostajemy solo szumu morza. Lub po prostu hałas. Trudno orzec.

Cztery szóstkistki i pięć koni to kompozycja równie fantazyjna, co jej nazwa. Na tle prostego ośmiobitu dostajemy: pojedyncze dźwięki gitary, damskie zaśpiewy, ambientowy podkład, folkowe wtręty i saksofon na finał. Na tym ostatnim bazuje w dużej mierze utwór Zapobiegajmy, który jest lustrzanym odbiciem poprzedniego. Tam Yin, tu Yang. Dźwięki ogniska i natury zmieszane z niepokojącymi głosami (i odgłosami), redneckową gitarą w Zapachu i sercu budzą podobne skojarzenia, co otwierające Od siarki do gwiazd. Zamykający płytę Kosiarz gwiazd to najnormalniejsza część materiału, którą prawdopodobnie moglibyśmy nazwać czymś w rodzaju jazzowej improwizacji.

Przeszło mi przez myśl, że Dwuja to żart. Tylko że ja się nie śmieję. Ja słucham i wracam i słucham znowu i za każdym razem słyszę co innego. I chcę słuchać i słyszeć więcej. Nic tu do siebie nie pasuje, a jednocześnie pasuje wszystko. To puzzle z dwóch różnych zestawów, z których udało się ułożyć coś, o czym pewnie nie marzyli nawet sami twórcy. Pytacie, że to bez sensu i że oszalałem? Może. A może to w ich szaleństwie jest metoda?

Bandcamp