Na OFFie byłem już dziesięć lub jedenaście razy i wybaczcie – nie przychodzi mi z tego powodu do głowy żadne błyskotliwe wprowadzenie. Czuję się tam jak w domu; to stały punkt moich wakacji i przedwakacyjnych, muzycznych odkryć oraz przygotowań. Myli mi się też wszystko, co z OFFem związane. Nie pamiętam, na której edycji co grało, a czasami nawet zdarza się, że widzę siebie z przeszłości stojącego pod dwiema scenami w dokładnie tym samym czasie. I nie, nie mam problemów z pamięcią i koncentracją. A przynajmniej nie aż w takim stopniu. Z każdego OFFa wychodziłem bowiem z jedną, wyraźną myślą, podsumowującą daną edycję. W tym roku brzmiałaby ona mniej więcej tak, że był to jeden z lepszych, bardziej zróżnicowanych OFF Festivali. Bardzo równy muzycznie, bez wielkich odchyleń w jedną i drugą stronę. Z koncertami bardzo dobrymi, które zapadną na długo w pamięć, ale jednocześnie, poza kilkoma wyjątkami (czyli jednak!), bez „koncertów życia”. Chociaż te mają do siebie, że doceniamy i wyłuskujemy je dopiero po dłuższym czasie.

Na pewno szansę wejścia do takiego zestawienia miałoby polskie Dynasonic. Materiał z płyty znałem pobieżnie; odsłuchałem go za to dość uważnie w drodze powrotnej. Na żywo zabrzmiał on zupełnie inaczej: bardzo transowo, na pograniczu rytmiki kojarzącej się z industrial techno, choć zagrane jakby w zwolnionym tempie i z użyciem żywych instrumentów. Oprócz elektroniki na scenie były także perkusja i bas. I to wokół tego ostatniego kręciło się wszystko; zmiany tempa, natężenia dźwięku i nagłe, niczym niezapowiedziane porzucanie motywów na rzecz innych dźwięków. W tym wszystkim zespół bawił się z oczekiwaniami słuchaczy, ale przy okazji zdaje się, że wypracował i zaprezentował własny styl. Bardzo nieoczywisty, przy tym transowy; wymagający skupienia, ale i dający bardzo dużo tanecznej radochy.

Dynasonic
Dynasonic

Tego samego dnia, na tej samej zresztą scenie, podobnie angażujący występ dał duet z Lebanon Hanover. W ich przypadku sam koncert można jednak podzielić na dwie części. Pierwsza, bardziej wycofana i chłodna, przypominała w pewien sposób o tym, co dla tej grupy jest główną inspiracją. Nie dziwiła więc Cure’owo brzmiąca gitara, żałobny nastrój i głębokie basy. W drugiej części pozostała romantyczna, gotycka atmosfera, ale grupa podążyła w stronę brzmienia ebm. Zrobiło się groźniej i taneczniej, w czym zresztą bardzo duża zasługa emocjonalnego wokalu Williama. Ciekawe zresztą było to, jak bardzo różnią się od siebie William i Larissa. On, pełen energii i kipiący złością; ona mocno wycofana, delikatna, pozostająca w cieniu.

lebanon
William Maybelline (Lebanon Hanover)

Jeśli już jesteśmy przy tańcu, to tego było zdecydowanie najwięcej podczas pierwszego, sobotniego występu Bamba Pana i Makaveliego. Znów, tym razem nabita do granic możliwości, scena eksperymentalna, którą tak dobrze wspominam z występów innych wykonawców wykonujących muzykę egzotyczną: Ata Kaka czy Janka Nabaya. Bamba Pana to jednak trochę inna bajka, bo łącząc ze sobą elektroniczną, napakowaną beatami muzykę singeli z rapowanym, czy raczej skandowanym wokalem nie tyle zachęcała do tańca, ile po prostu wymuszała szaleńcze pląsy, od których nie było ucieczki. Kto zresztą chciałby w takiej sytuacji uciekać? Crowd surfing, kiwanie się w jedną i drugą stronę przez wszystkich obecnych pod sceną, podskakiwanie w rytm (?!) muzyki i niezdarne, osobiste układy choreograficzne do muzyki nieznanej, obcej, ale przy tym bardzo emocjonalnej i świeżej. To samo działo się też w niedzielę już na Scenie Leśnej, gdzie duet powtórzył swój występ. I mimo że muzycznie bliźniaczo podobny do pierwszego, to też na swój sposób niepowtarzalny. Nawet stojąc gdzieś daleko, nie potrafiłem nie oddać się tym dźwiękom i znów, tym razem samotnie, rozruszać trochę zmęczone festiwalowymi wojażami kości.

bamba pana
Bamba Pana & Makaveli

Koncert, który też z pewnością zostanie ze mną na długo, to sobotni występ Electric Wizard. Tym razem jedynym, dozwolonym ruchem pod sceną było rytmiczne poruszanie głową i nie sposób było się temu nie poddać. Ściana dźwięku, a przy tym selektywność brzmienia (nie było problemów z rozróżnieniem poszczególnych instrumentów, co przy tym natężeniu nie jest w końcu taką oczywistością), a także oddające w pełni ducha odgrywanych przez zespół utworów wizualizacje pozwoliły na to, by zatopić się w muzyce Brytyjczyków w pełni. Tu nie było słabych momentów. Przede wszystkim ze sceny płynęła (mroczna) energia, którą dało się niemal dotknąć i posmakować dzięki charakterystycznym, gitarowym riffom i bardzo wyraźnej gry sekcji rytmicznej. Stojąc pod sceną, można było poczuć się bardzo malutkim, ale to przygniatające uczucie miało właściwości oczyszczające.

electric wizard
Electric Wizard

Najwięcej na tegorocznej edycji było koncertów bardzo dobrych, które sprawiały, że opcja zajrzenia na drugą scenę i sprawdzenia tego, co tam się dzieje, przestała być sensowną alternatywą.

Do takich występów na pewno można zaliczyć to, co pokazały Cudowne Lata. Czekałem na ten koncert, bo byłem ciekaw tego, jak może brzmieć materiał (zapowiadany na 26 września) z debiutanckiego albumu. W głowę zapadły mi przede wszystkim ulotny, romantyczny klimat muzyki duetu, a także dwie nowe, świetne piosenki: „Po szkole” oraz utwór zamykający, którego nazwy nie zdołałem jednak spamiętać. Ten pierwszy miał w sobie coś z chillwave’u, ale przefiltrowanego przez starą, dobrą, polską melancholię. Drugi zawierał w sobie sporo emocji, które zawierały się w dużej mierze w tekście oraz w jego interpretacji wokalnej Ani Włodarczyk. Dobry wokal, zmuszające do myślenia teksty i nastrój ulotności, wygrywane spod palców Aminy Dargham to elementy, które sprawiły, że czekam na debiut jeszcze bardziej niż wcześniej.

Cudowne Lata
Cudowne Lata

Dwa dni później w tym samym namiocie (Trójka) zupełnie inaczej do sprawy podeszły Wczasy. I u nich teksty są bardzo ważne (które ku mojemu zdziwieniu śpiewała prawie cała sala; to cieszy!), ale tym razem postawili na bardziej rozrywkową odsłonę swojej twórczości. Najpierw, wyświetlone już przy okazji Open’era intro z utworem Nicolae Guta, a potem na scenie pojawił się… Eurodanek i Kicia (czyli Magda z Enchanted Hunters). Ich wspólny kawałek pt. W ruchu cały czas stanowiła dobrą zapowiedź tego, co działo się później. A działo się wiele, bo oprócz powyższych atrakcji, były jeszcze takie, które polegały na wspólnej grze publiki w piłkę, otoczenia kółeczkiem samotnego twórcę najlepszych, koncertowych koszulek w trakcie odegrania „Ciągle sam” oraz przekazania gitary przez Bartłomieja Maczaluka w publikę. A, jeszcze śpiewanie w trakcie crowd surfingu oraz coś, od czego powinienem zacząć, czyli świetne odegranie materiału z pierwszego albumu, uzupełnionego o trzy nowe utwory, które mam nadzieję, pojawią się już niedługo na kolejnym wydawnictwie. To był najbardziej szalony koncert tej edycji (wraz z tym, który zaserwował nam Bamba Pana). Widziałem też, że na scenie Martensa, tego samego dnia, pomimo deszczu, Wczasom udała się ta sama sztuka. Znów rozszalała publika, mnóstwo energii i tłumnie odśpiewywanie teksty utworów. Wow.

wczasy
Publika i Bartłomiej (Wczasy)

Z tej spokojniejszej strony zaprezentował się za to pierwszego dnia Durand Jones wraz ze swoimi The Indications. Skojarzenie może i po linii najmniejszego oporu, ale za sprawą tego koncertu faktycznie wróciły na chwilę obrazy przepięknego, emocjonalnego koncertu nieżyjącego już Charlesa Bradleya, który ten dał w tym samym miejscu 7 lat temu. Sięgający do źródła soulu, funkujący skład pięknie dopełniał czysty i mocny wokal Jonesa. Był to występ, podczas którego aż chciało się usiąść, wsłuchać w dźwięki i oddać własnym, pozytywnym myślom.

Durand Jones
Durand Jones & The Indications

Równie sprzyjającym do przeczesywania własnej wyobraźni był występ Soccer Mommy w sobotę w namiocie Trójki. Trochę nie doceniałem jej ostatniej płyty; wydała mi się nijaka, zbytnio zanurzona w nowoczesnym, ale pozującym na stare indie pop/rocku. Koncerty mają to do siebie, że jednak potrafią odczarować takie pierwsze, mylne wrażenia. I tak też było tutaj. Sophie Allison na żywo nie sprawiała wrażenia żadnej sztucznej, obliczonej na reakcję publiki kreacji. Swoje piosenki odgrywała wraz z zespołem z dużą czułością i dbałością o detale, dzięki czemu udało jej się stworzyć nastrój odchodzącego powoli lata, wspomnień z młodości i obraz prostszego życia na przedmieściach, które tak kojarzymy z amerykańskich seriali. Duże, pozytywne zaskoczenie.

soccer mommy
Soccer Mommy

Mniejszym zaskoczeniem był bardzo zamykający główną scenę w sobotę, równy koncert Foals. Jest to też przykład takiego koncertu, który najprawdopodobniej nie przekonał do siebie tych, którzy fenomenu zespołu nie rozumieją. Choć mam jeden, domowy przykład, że się udało. Foals bardzo zgrabnie połączyli utwory z nowej płyty z brzmieniem z poprzednich; mam wrażenie, że urozmaicili trochę i dodali głębi utworom starszym, a przy tym zachowali wszystko to, za co lubię Everything Not Saved Will Be Lost Part 1. A konkretnie to przebojowość, melodyjność, a przy tym wielowątkowość, którą w dużej mierze zawdzięczają partiom syntezatorowym.

Innym headlinerem, który dał bardzo porywający koncert, był Jarvis Cocker wraz z jego aktualnym wcieleniem, czyli projektem JARV IS… . Tak jak pisałem wcześniej i czego też się spodziewałem – nie było to odcinanie kuponów od własnej twórczości, a zaprezentowanie w większości kompozycji nowych, których jeszcze nie znalazły się na żadnej płycie. Wydaje mi się też, że Jarvis zgrabnie połączył fanów jego macierzystego zespołu z tymi, którzy poszukują raczej nowszej odmiany alternatywy. Podkłady były dość taneczne, sporo było w tym elektroniki, a jednocześnie na scenie dało się wyczuć zadzior i przede wszystkim miłość do ładnych, melodyjnych piosenek. Sam Jarvis dwoił się i troił, by dodać jeszcze więcej energii poszczególnym kompozycjom i gdyby nie powszechny dostęp do informacji, to pewnie nikt nie zgadłby, że ma już 55 lat.

jarvis cocker
JARV IS… Jarvis Cocker

W tym samym wieku jest zresztą Neneh Cherry, która grała dnia ostatniego, na scenie Leśnej. Pod względem nawiązań do lat 90-tych i tłumaczenia ich na język dzisiejszy był to zresztą występ podobny do tego, który dał JARV IS…. Różnicą może było tylko to, że bardziej było tu czuć ducha lat 90-tych. Trip-hop od zawsze już będzie mi się kojarzyć z tą dekadą, nawet jeśli aranżacje zostaną trochę unowocześnione. Elementem, który je urozmaicał, był pełen werwy głos samej Neneh, tak samo budzący kojarzenia z soulem, jak i z bardziej drapieżnym, alternatywnym graniem z końca poprzedniego wieku. To też jeden z występów, który bardzo mnie zaskoczył; spodziewałem się bardziej nastrojowego grania, a dostałem mocno taneczny i zadziorny w formie koncert.

W kategorii bardzo dobrych koncertów trzeba też wspomnieć o Trupie Trupa. Akcent trójmiejski, ale oprócz północnego, psychodelicznego brzmienia, występ na poziomie światowym. Nie ma w tym krzty przesady; zespół rozwija się z każdą kolejną płytą. Tym razem w ich muzyce było zdecydowanie więcej złości. W kilku miejscach zabrzmieli wręcz metalowo, a przy tym selektywnie. Shoegaze’owe podejście do gry wyrażało się mocniej właśnie w natężeniu samego dźwięku, bo już sama rytmika, energia, wokal oraz dźwiękowe smaczki były naturalnym rozwinięciem tego, co znamy z płyt. Żałuję w tym przypadku tylko jednego: tego, że nie zdążyłem na początek tego koncertu.

Perfect Son
Perfect Son na trawce

W tym właśnie momencie wspomnę o tych, których widziałem zbyt krótko, by dokładnie opisać ich występy. Najwięcej krążyłem po scenach w sobotę i niedzielę. Z tego względu nie zasłuchałem się w pełni w syntezatorowych dźwiękach wygrywanych przez Perfect Son, ale to, co usłyszałem, zachęciło mnie do tego, by sprawdzić ten materiał w warunkach klubowych. I to pomimo tego, że nie do końca przekonują mnie te same utwory w wersji albumowej. The Body zmęczyło mnie trochę natężeniem dźwięku; był to koncert, który miał szansę się rozwinąć, ale piejący wokal i kompozycje, które zdawały się niewiele od siebie różnić, sprawiły że postanowiłem zmienić lokalizację. Nie wchłonął mnie też kolorowy i uroczy świat stworzony przez Tęskno, ale w tym przypadku jest muzyka zdecydowanie odległa od tego, czego słucham na co dzień.

teskno
Tęskno

Bardzo żałuję krótkiego pobytu na występie EABS, bo ten był zdecydowanie lepszy niż to, co zobaczyłem podczas tych krótkich chwil spędzonych z Boogarins. EABS na żywo wlewa w swoje kompozycje zupełnie nową, certyfikowaną najwyższą jakością energię. Nie nuży, a porywa i sprawia, że odnajdujemy w ich muzyce drugie dno. Tego nie udało mi się znaleźć za to w trakcie występu Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Pewnie dałem im za mało czasu, biorę to pod uwagę. To nie zmienia jednak faktu, że zespół ten nie odczarował dla mnie muzyki tradycyjnej, której fanem jestem, ale raczej jako inspiracji, a nie odtwórstwa. Piękny, kolorowy taniec to było dla mnie trochę za mało, dlatego indiepopowa, relaksująca muzyka Phum Viphurita spożywana leżąc na trawie, pod namiotem Trójki, zasmakowała mi trochę bardziej. Wspomnę jeszcze o Entropii, składu, który powinien składać oficjalne zażalenie w kontekście godziny rozpoczęcia koncertu. Trudno było wczuć się w takie dźwięki w pełnym słońcu, a potencjał na post-metalowy trans jak najbardziej był. Trudno też odnieść mi się do koncertu Suede, gdzie gitarowa zabawa wysokiej jakości zderzyła się z kiczowatym i po prostu odpychającym zachowaniem lidera. Nie wiem, czy to narkotyki, czy też poza zwietrzałej gwiazdy rocka, ale z każdym dźwiękiem wydobytym z gardła Andersona, połączonym z tarzaniem się i czołganiem po scenie na moim ciele i w mojej głowie pojawiało się nieprzyjemne uczucie wstydu.

publika 3
Publika na Scenie Eksperymentalnej

Na koniec zostawiłem sobie kategorię koncertów, które były naprawdę dobre, miejscami bardzo dobre, ale którym czegoś jednak zabrakło. Takim występem był Pablopavo – jego teksty, a przede wszystkim nowofalowe, muzyczne nawiązania zdecydowanie lepiej wypadały na płycie. Koncert był ciekawy, trudno się do niego o coś przyczepić (chyba, że po prostu go nie lubimy), ale przez rozszerzony skład miejscami niebezpiecznie zbliżał się do woodstockowego klimatu, gdzie zresztą Pablopavo wystąpił dzień wcześniej. Trochę niewykorzystana szansa, choć i tak mi się podobało.

Pablopavo
Pabvlopavo i Ludziki

Najwięcej przed (możliwe, że również po) mówiło się o black midi. Ja muszę stanąć nieco z boku. Przyznaję, że był to bardzo dobry koncert. Z tym że takich było na tej edycji wiele. Zespół nie odstawał w żadnym momencie od wysokiego poziomu tej edycji, ale też nie pokazał się na tyle dobrze, by z głowy wyparowały mi zdecydowanie bliższe absolutu gigi, jakie dali chociażby Oxbow, Shellac czy nawet Unsane. Najbardziej podobała mi się gra sekcji rytmicznej, która zdecydowanie swobodniej poruszała się wokół tematów z debiutanckiej płyty; był w tym fajny feeling, była radość z gry i chęć wspólnej interakcji z odbiorcami. Gitarzyści w kilku momentach dochodziło do tego poziomu, ale przez większość występu biłem się z myślami: czy to, co widzę w ich oczach, to może zblazowanie, czy też może zbyt duża chęć spuszczenia łomotu publice. O to pierwsze ich nie podejrzewam, choć przy takim hype’ie wokół siebie różne myśli mogą przychodzić do głowy. Z tym drugim zgodzę się bardziej, ale same dźwięki i sposób ich przekazania nie były ciosami spod znaku Mike’a Tysona. Choć i tak potrafiły mocno obić.

black midi
black midi

Czegoś brakowało mi także w występie Polmuz. W momentach, w których bardziej kombinowali z tradycją, byli zdecydowanie ciekawsi niż wtedy, gdy nawiązywali do niej omal wprost. Jednak sam fakt tego, w jak zręczny sposób w ogóle udało im się połączyć te dwa światy, zrobił na mnie spore wrażenie.

polmuz
Polmuz

Kolejnym bardzo dobrym koncertem, który zjadły nieco moje własne oczekiwania, był występ Stereolab. Ujęli mnie tym, z jaką nabożnością podchodzą do własnego materiału; jak dbają o każdy szczegół i jak mocno oddają się wygrywanym przez siebie dźwiękom. Było w tym zarówno umiłowanie melodii, jak i transu (tego drugiego najwięcej za sprawą gitary Tima Gane’a). Liczyłem chyba jednak na troszkę więcej. Na mocniejszy kontakt z publiką? Na więcej magii? Na ekstrawagancję? Nie wiem, ale czuję pewien niedosyt, choć sam koncert naprawdę mi się podobał.

Wymienię jeszcze trzy koncerty, które najmniej mi się podobały: The Real Gone Tones to rockabilly z wiejskiego wesela, które w ogóle nie powinno było znaleźć się w składzie tegorocznego OFFa. Boogarins faktycznie było podróbką Tame Impala i to, niestety, słabszą o kilka poziomów. I na koniec: podarujcie sobie drodzy organizatorzy takie eksperymenty jak Jan-rapowanie. Ani to śmieszne, ani fajne, a bawili się chyba tylko ci, którzy byli w tym czasie na scenie.

publika 2
Publika na Scenie Eksperymentalnej (koncert Bamba Pana & Makaveli)

Jak to była edycja? Niesamowicie równa z kilkoma koncertami, które zapadną na dłużej w pamięć. Ze świetną pogodą, organizacyjnie prawie bezproblemowa. Szkoda, że strefa gastronomiczna jest tak droga, abo ciągłe krążenie pomiędzy scenami i szaleństwa pod nimi powodowały duży głód – a ten trudno było zabić na terenie festiwalu bez wydawania masy pieniędzy. Sam akurat uniknąłem kolejek do wejścia, ale słyszałem, że i z tym bywało różnie. W każdym razie muzycznie, a przecież o to w OFFie chodzi, było naprawdę świetnie.

ja

Do zobaczenia w Katowicach za rok.