Wakacje minęły szybko i bezpowrotnie. Zaraz będzie ciemno, zimno i smutno. Oferuję dziś bezbolesne (?) przejście z krainy łagodnych i letnich melodii (Dehd, Jadu Heart, Power Glove) do okresu przepełnionego ciemnością i deprechą (Torche, The Murder Capital, Kollaps).

Kollaps – Mechanical Christ (2019) [post-industrial, harsh noise]

Obce są mi przygody z samookolaczaniem się, ale ta płyta w jakiś perwersyjny sposób właśnie z nimi mi się kojarzy. Pochodzące z Australii trio Kollaps rozszarpuje dźwięk na milion kłujących w uszy hałasów, a te wbijają się głęboko w głowy i odbijają łoskotem od czaszek. Opętańczy krzyk Wade’a Blacka uzupełniają dźwięki bitych blach, maltretowanej perkusji, przesterowanego basu i jazgotliwej elektroniki. Black niby kieruje całym tym chaosem, ale w jego poczynaniach jest tyle samo geniuszu, co szaleństwa. Tacy nie pozostawiają obojętnym, więc albo zanurzycie się w pełni w czarnym jak smoła świecie Kollaps, albo zwyczajnie stwierdzicie, że zespół poszedł o jedną kakofonię za daleko.

Bandcamp

Jadu Heart – Melt Away (2019) [hypnagogic chillwave indietronica]

Melt Away zaczyna się prawie jak Beirut, tylko że w pewnym momencie, zamiast trafić do starych uliczek skąpanych w zachodzącym słońcu teleportujemy się na plażę, gdzie taneczne electro ściele się gęsto, a imprezą dowodzi amator trapowego brzmienia. I to wcale nie jest najdziwniejsze połączenie na tej płycie: w Forgotten Ghosts duet bawi się nastrojem i wokalem niczym z Radiohead, tylko że w oprawie z indie popu; I’m a Kid to wykapany Ariel Pink podrygujący do przebojów Metronomy; The Omen to smutniejsza odmiana Glass Animals, a w Harry Brompton’s Ice Tea Melt Away bawią się w jazzowo-funkową odmianę Toro y Moi. Największym plusem tego wydawnictwa jest to, że we wszystkich tych motywach zespół czuje się jak ryba w wodzie. Minusem, jak pewnie się domyślacie, jest oryginalność, bo wszystko to już gdzieś słyszeliśmy. Jeśli wam to nie przeszkadza, to gwarantuję, że będziecie się dobrze bawić przy tym cudacznym debiucie.

Dehd – Water (2019) [garage surf blues]

Opisać skrótem twórczość Dehd jest niezwykle łatwo: to fałszujący, garażowi The Beach Boys. Utwory na drugiej płycie tria z Chicago zawierają utwory oscylujące wokół dwóch minut, w których głównym instrumentem jest wokal i piskliwa gitarka. Ma to urok wspomnianych wyżej klasyków, ale ma też sporo świeżości i głodu brzmienia klasycznych indie rockowych grup, takich jak Polvo (podobnie rozstrojona gitara) czy Archers of Loaf. Dehd przy tym zdecydowanie bliżej do skąpanej w słońcu plaży, wysokich fal i czasów minionych, bo w ich brzmieniu jest też coś z klasycznej rock n’ rollowej zabawy dźwiękiem. Water to wakacje na gigancie: z tanim żarciem, rozwalającym się namiotem, piaskiem we włosach i bieliźnie, ale jesteśmy szczęśliwi, bo spędziliśmy czas wolny na zasadach DIY, z dala od zgiełku miasta i pięciogwiazdkowych, nudnych kurortów i przeżyliśmy przy tym mnóstwo przygód.

Bandcamp

Torche – Admission (2019) [stoner shoegaze]

Admission to dowód na to, że zespół, którego słuchało się gdzieś mimochodem, jako dodatek do tych „większych” i bardziej znanych kapel, też może zaskoczyć. I nie, nie chodzi tu o jakąś nadzwyczajną jakość tego albumu, a raczej fakt, że dość standardowy stonerowy skład potrafi i przede wszystkim chce na swojej piątej płycie jeszcze co nieco pokombinować. W tym przypadku Torche dodało do dość ogranego zestawu gatunkowych środków stylistycznych zestaw nowych elementów: czystość i selektywność brzmienia, położenie większego nacisku na klimat, pojawiające się tu i ówdzie shoegaze’owe brzmienie, a w kilku momentach bezpośredni romans z dream popem. Właśnie, bo Admission została wyprodukowana tak, że dopiero teraz odkrywamy wielki szwindel, a sam zespół okazuje się po prostu popową maszyną obudowaną dla niepoznaki ciężkim brzmieniem. Riffy są proste, melodie unoszą i nawet jeśli Torche niczego większego przy tym nie odkrywa, to jest to płyta, która wybija się z ich dyskografii i która przy małym łucie szczęścia może zwiastować kolejny, jeszcze ciekawszy album grupy.

Bandcamp

Power Glove – Playback (2019) [classic synthwave]

Gatunki są jak moda – przychodzą i odchodzą. Niektóre zaczynają zjadać własny ogon, w innych wydawnictw zaczyna być zwyczajnie za dużo i pojawia się zmęczenie; w końcu bywają brzmieniowe przypadki, które umierają śmiercią naturalną, a zastępują je bazujące na swoich poprzednikach hybrydy. Z synthwave’em sprawa nie jest wcale taka prosta, bo co prawda stylistyka ta zdecydowanie straciła na świeżości, ale nadal są grupy, które potrafią wyciągnąć z niej coś ciekawego. Zazwyczaj idąc trzecią z opisanych dróg, czego przykładami są: industrialny skręt Perturbatora, nowofalowa estetyka polskiej Niemocy, wykorzystywanie jedynie pojedynczych elementów gatunku (Mandy Jóhanna Jóhannssona) lub złagodzenie brzmienia w stylu Trevor Something. Można też iść w zaparte, nie zmieniać zbyt wiele (Kyle Dixon & Michael Stein, polski Nightrun87) i również nagrywać dobre płyty. Power Glove należy do tej drugiej z wymienionych grup, ale nagrywa płytę nie bardzo dobrą, a po prostu świetną i kto wie, czy nawet nie najlepszą dla tego gatunku. Szkoda, że trochę po czasie, bo moda przeminęła, sezonowcy odeszli, ale fanatycy brzmienia (po obu stronach głośników) zostali i udowadniają, że z tej mąki można jeszcze upiec naprawdę smakowity chleb.

Bandcamp

The Murder Capital – When I Have Fears (2019) [southern gothic post-punk]

Młody zespół ze stolicy Irlandii idzie podobną drogą, którą wcześniej podążały takie składy jak Get Your Gun czy Bambara, a szukając trochę dalej – New Model Army. To klimatyczny, buzujący emocjami post-punk, który ma w sobie też sporo delikatności i południowego posmaku, przejawiającego się przede wszystkim w brzmieniu gitar i balladowej narracji. Każdy utwór to osobna opowieść: More is Less jest o tym, że można utracić siebie, dając zbyt wiele drugiej osobie; o nicości oraz nieuchronnej samotności u kresu życia, a także o utracie miłości opowiadają kolejno Don’t Cling to Life i Love, Love, Love. The Murder Capital świetnie łączy zrezygnowanie, rozpacz, emocjonalność, a w dodatku czuć, że to płyta wydana w tym roku, bo znaleźć da się na niej echa brexitcore’u w postaci nawiązań do brzmienia takich grup jak Idles czy Fontaines D.C.. The Murder Capital wybrali jednak własną, piaszczystą i mniej uczęszczaną ścieżkę: więcej u nich metafor, nastrojowości, mniej bezpośredniości, dosadności, a najbardziej w tym wszystkim zaskakuje dojrzałość i wysoka jakość tego debiutanckiego materiału.