Słów kilka: Działają już od 1988 roku, a ich pierwszym wydawnictwem był split z legendarnym Loop. Rok później mieli już na koncie nasycony noise rockiem, świetnie przyjęty wśród słuchaczy i krytyków album Taste. Po trzech latach przyszedł czas na następcę i… zmianę stylu. Lider i wokalista grupy Stephen Lawrie przyznawał w ówczesnych wywiadach, że „Pojęcie perfekcji zmienia się z czasem”. W duchu powyższej definicji działają do dzisiaj: mają na koncie łącznie 10 albumów studyjnych i kilka(naście) innych wydawnictw. Na każdym z nich mierzą się z innymi gatunkami, stylistykami i klimatami. Cały czas dążą do perfekcji, choć jak wynika z powyższego cytatu: ta cały czas się zmienia i przez to prawdopodobnie nie jest w ogóle osiągalna. W tym roku świętują 30-lecie wydania swojego debiutu i chyba lepszej okazji do powrotu do tego materiału nie będzie. Chyba że za 10 lat.

Czego przesłuchać przed: Taste (1989)

The Telescopes Taste 2

Taste to debiut idealny. The Telescopes byli wtedy zespołem kompletnie nieokrzesanym i nieprzewidywalnym. Na tyle, że członków grupy nie przedstawiłbyś mamie ani tacie, bo sprawiają wrażenie osób, które nie mówią „dzień dobry” własnym sąsiadom. Grupa brzmi tu jak The Stooges na początku swojej drogi. Liczy się czysta energia i pasja, a Lawrie i spółka w bezceremonialny sposób podchodzą do gatunku. Więcej tu czystego punka i noise rocka niż shoegaze’u, a mimo to podskórnie czujemy, że Telescopes przynależą stylistycznie do nieśmiało patrzących na swe buty muzyków. Ściana dźwięku atakuje nas z każdej strony, tempo jest zabójcze, a produkcyjne braki tylko dodają brzmieniu autentyczności. Nikt się nie oszczędza, nie zachowuje co lepszych patentów na kolejne wydawnictwa: zespół po prostu gra tak, jak gdyby jutro miało nie być. Przy tym wszystkim poszczególne melodie potrafią osiąść na dłużej w świadomości i natrętnie do niej powracać (nad wyraz przyjemnie rzężące Please, Before You Go czy wywołujące nieznośną chęć przyspieszenia tego ultra powolnego tempa w The Perfect Needle). Taste smakuje świetnie: jest intensywne, jedyne w swoim rodzaju i ma tylko jedną „wadę” – szybko uzależnia.

Must listen: The Telescopes Live at SpaceFest 2015

Co bym nie pisał, jak bym nie chwalił, to i tak wszystko to blednie wobec tego, jak The Telescopes wypadają na żywo. Najlepszym przykładem jest ich występ na samym SpaceFest w 2015 roku. Gdzie nie pojawię się na koncercie w Trójmieście, tam ludzie rozmawiają o tym wydarzeniu. Mówią o nim dosłownie wszyscy. Jest tematem rozmów trójmiejskiej bohemy. Dyskutują o nim nasze mamy, babcie, dziadkowie, bracia, siostry, a pierwszym zdaniem, jakie wymawiają niemowlaki urodzone na północy Polski, jest „A pamiętasz koncert Telescopes na Spacefest?”. Jeśli i Wy chcecie należeć do tej drużyny, to macie szansę. W tym roku kolejny nabór, choć powiem szczerze – przebić tamten występ będzie piekielnie trudno. Wierzę jednak, że się uda, bo na nim nie byłem, zachorowałem i śmieją się ze mnie na mieście z tego powodu do dzisiaj!

Dla zaawansowanych: Zespół romansował z różnymi gatunkami przez wszystkie lata swojej działalność, więc dla każdego znajdzie się coś miłego. Z okazji nadchodzącego koncertu wróciłem do kilku ich płyt i co następuje: Third Wave (2002 r.) inspirowany jest jazzem, elektroniką oraz popem i sporo na nim eksperymentów; bardziej post-rockowy z dużą dozą drone’u jest #4 (2005 r.); na Hidden Fields (2015 r.) grupa nieco wskrzesza noise rockowe brzmienie debiutu; z kolei na Stone Tape (2017 r.) miesza wszystkie poprzednie inspiracje, dorzucając do nich nawiązania do klasycznej, brytyjskiej psychodelii. Więcej albumów nie znam, przyznaję, ale jestem pewien, że zdołacie wybrać dla siebie coś z powyższych.