Frank Sinatra kojarzy mi się z kilkoma rzeczami. Ze starymi filmami, głównie ery kina w czerni i bieli. Do tego dochodzi nienaganna aparycja cwaniaczka w schludnym garniaku. Z mafią, bo trudno nie znaleźć informacji o tym, że miał powiązania z tą organizacją, które wybitnie pomogły mu w osiągnięciu kariery. Jak mafia, to i Martin Scorsese, który od lat ubiega się o stworzenie filmowej biografii swojego ulubionego muzyka. I ze Świętami, bo to w tym okresie Sinatra gości w moich głośnikach. Niezłe połączenie, co?

Dziś przesłuchuję płytę Songs for Swingin’ Lovers! Franka Sinatry z 1956 roku.

Czy znałem wcześniej?

Tak jak napisałem wcześniej – samego Sinatrę jak najbardziej, ale z żadnej konkretnej płyty. Wiecie, kilka największych hitów, takich jak I Love You Baby, My Way, Somethin’ Stupid czy standardów świątecznych w postaci Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow! lub Have Yourself A Merry Little Christmas.

Ogólne spostrzeżenia

To bardzo równa płyta i właściwie taka, jakiej się spodziewałem, znając pobieżnie kawałki Sinatry. Brzmienie artystów z kategorii „oldies” jest specyficzne. Sądzę, że niektórych może mierzić i doskonale to rozumiem. W mojej głowie, przy odsłuchu Songs for Swingin’ Lovers pojawiają się konkretne obrazy. Przygasający już złoty wiek Hollywood, który to okres jest dla mnie równie ciekawy pod względem mitu, jaki wówczas roztaczała nad sobą Fabryka Marzeń, jak i jego późniejszej dekonstrukcji. Niby więc mamy czarno-biały świat, a jednak zbudowany z szarości. I to słychać na tym albumie. Słychać też duże salki koncertowe z papierosowym dymem unoszącym się pod sufitem oraz obietnicą lepszego życia, które mija wraz z wyjściem na przyprószoną śniegiem, brudną ulicę. Marzyć jednak warto, a przy gorszej passie każdy motywator się przyda. Byle tylko nie uwierzyć za mocno w to, że bajka może trwać wiecznie.

PS: Wersja zremasterowana na Spotify jest totalnie spartolona. Polecam poszukać innej wersji.

Czy będę wracać?

Nie wykluczam, że będę wracać – szczególnie w okresie świątecznym. Wiecie, choinka i światełko to jedno, ale odpowiedni podkład muzyczny też się przyda. Nic nie poradzę na to, że tak kojarzy mi się Sinatra.

Alternatywa

Z mojego szybkiego researchu wynika, że popularniejszą płytą Sinatry była wydana rok wcześniej In the Wee Small Hours. Czy lepszą, tego nie wiem, ale chętnie sprawdzę. Oprócz Sinatry cenię sobie też Deana Martina, ale ten wykonawca zdaje się, że nie ma w swojej dyskografii aż takich klasyków. Tak więc patrząc na tę stylistykę, to Songs for Swingin’ Lovers wydaje się dobrym wyborem do takiego zestawienia.