W czasach licealnych miałem kolegę, który pewnego dnia, na lekcji biologii stwierdził: „Chyba sobie posłucham The Rolling Stones, bo w sumie to ich nie znam”. Jak powiedział, tak zrobił, tzn. zaciągnął torrenta z całą dyskografią i odpalił Winampa. Kilka dni potem pytam: „I jak to Rolling Stones?”. Na co on odpowiedział: „Daj spokój ziomek, to jakieś country!”.

Dziś sprawdzam, czy miał rację, bo sięgam po płytę Let It Bleed The Rolling Stones z 1969 roku.

Czy znałem wcześniej?

The Rolling Stones muzycznie jest dla mnie obszarem niezbadanym. Znam największe hity, które leciały na VH1 czy też MTV. Dopiero rok temu coś mnie tknęło i sięgnąłem po pierwszą płytę z ich katalogu. Konkretnie to po Sticky Fingers (1971 r.). I tyle, nic więcej nie znam, nie słuchałem, nie ciągnęło mnie. Wiecznie w kategorii „do nadrobienia”, w praktyce nie czując dużej motywacji, by to zrobić.

Ogólne spostrzeżenia

Nie będę trzymać Was w niepewności. Kolega miał rację i przynajmniej ten album mocno pachnie country albo przynajmniej takim mocno organicznym, tradycyjnym rockiem swojej ery. Autentycznie można się zdziwić, bo znając zespół tak pobieżnie jak ja, raczej trudno spodziewać się wykorzystywania farmerskich motywów na tak dużą skalę przez brytyjski zespół. I grupa to wykorzystuje, na kompozycję otwierającą wybierając klasyk klasyków pt. Gimme Shelter. Pewnie, kawałek bluesowy, ale zaraz po nim mamy country granie spod znaku harmonijki, spranych jeansów i znoszonego kapelusza (Love in Vain i Country Honk). Knajpiany klimat utrzymuje się zresztą przez większość płyty. Zgrabne to, wpadające w ucho, nie czuć cepeliady, więc właściwie nie mam co narzekać. The Rolling Stones dobrze w takim prowincjonalnym wdzianku, ale jeszcze lepiej wtedy, gdy dokładają do niego echa brytyjskiej psychodelii. I tak jest w trwających ok. 7 minut Midnight Rambler oraz zamykającym You Can’t Always Get What You Want. Więcej w nich swobody, mniej odtwórstwa, a gatunkowe lejce zostają nieco poluzowane.

Czy będę wracać?

Pomimo lekko prześmiewczego tonu powyższego tekstu Let It Be naprawdę mi się spodobała. Bywa, że mam tęsknoty do tego typu dźwięków, więc dorzucam ten album do odpowiedniej szufladki i jak przyjdzie czas, to w odpowiedniej chwili go wykorzystam.

Alternatywa

Jak pewnie się już domyśliliście, jestem totalnym żółtodziobem w kwestii The Rolling Stones. Czy aby jednak dwie następne płyty, czyli Sticky Fingers oraz Exile on Main St. nie są aby bardziej znane?