Istnieją takie legendy (filmu, muzyki, książek, gier, memów), do których poznania najzwyczajniej w świecie nas nie ciągnie. Każdy ma własną listę takich postaci – nie zaprzeczajcie, że nie, bo i tak Wam nie uwierzę. Nazwiska dzisiejszych bohaterów cyklu wpisałem do własnego kajecika lata temu i dziś je skreślam. Ołówkiem.

A okazja do tego doskonała, bo opisuję swoje wrażenia z pierwszego odsłuchu albumu Bridge Over Troubled Water (1970 r.) duetu Simon & Garfunkel.

Czy znałem wcześniej?

Wielka plama w muzycznej edukacji. LastFm nie kłamie – liczba jednocyfrowa przy nazwie duetu, a więc scrobbli tylko kilka. Te, które są, to jakieś przypadkowe utwory z przesłuchiwanych w równie chaotyczny sposób soundtracków do filmów, których już nie pamiętam. Nie dane było nam się spotkać nawet w muzycznej telewizji.  Artyści ci nie kojarzą mi się z niczym, wiem o nich niewiele i jakoś przesadnie, poza wrodzonym, ogólnym poziomem wstydu z powodu braku wiedzy na jakikolwiek temat, nie jestem tym faktem onieśmielony.

Ogólne spostrzeżenia

Wiadomości dzielą się na dwie kategorie. Domyślacie się pewnie, jakie. W przypadku Bridge Over Troubled Water wśród dobrych jest ta, że nadal mogę ufać swojej intuicji. Podświadomie czułem, że to muzyka nie dla mnie i się nie myliłem. Drugim pozytywem jest to, że mimo wszystko warto wychodzić z własnej bańki. Zrozumiałem, z czym to się je i obiektywnie nie jestem w stanie zbesztać tej płyty. Ostatni album Simona & Garfunkela jest po prostu zbyt bezpieczną, miejscami zbyt patetyczną (przez rozpaczliwy wokal i podniosły fragment w końcówce tytułowego, rozpoczynającego płytę utworu miałem ochotę od razu ją wyłączyć) i za mało pokombinowaną produkcją. Dla mnie wada, dla innych może to być przecież zaleta.

W moim odczuciu przydałaby się tu większa kropla psychodelii. Taka w stylu Syda Barretta, który akustyczne, ładne u rdzenia pieśni przefiltrowałby przez swoją zwichrowaną wrażliwość. A może rozwiązaniem byłoby pójście w inną stronę, tzn. większej kameralności, bez aranżacyjnego przepychu? Byłoby i ładnie i interesująco, jak u Nicka Drake’a. Innym moim pomysłem jest odpalenie wzmacniaczy i podpięcie elektryków, a może dałoby się wykorzystać te ujmujące harmonie wokalne i podążyć drogą The Beatles? Ostatnią deską ratunku mogłoby być zwrócenie się ku korzeniom folku i napisanie zaangażowanych tekstów. Bob Dylan to potrafił.

Właśnie, bo te wszystkie elementy tu występują, ale nie w takim stopniu, by któryś z nich wpłynął w znaczny sposób na materiał, a ten w konsekwencji zainteresował mnie jako całość. Dobre aranżacje, zabawne teksty i wyraźne melodie przykryte są po popową, skrojoną pod gusta (ówczesnego!) masowego odbiorcy produkcję. I to nie jest nawet największa wada tego wydawnictwa. To po prostu czynnik, który wpływa na to, że dla mnie ten materiał po prostu nie ma wyraźnego, zapamiętywalnego charakteru. Nie ma tego „czegoś”.

Czy będę wracać?

Czuję, że nie.

Alternatywa

Zawsze i wszędzie Nick Drake. I gdyby nie przedwczesna śmierć, a także chorobliwa nieśmiałość, to jestem pewien, że doceniłby go ówczesny mainstream. Nada się każda z płyt wydanych za jego życia.