100 albumów, które musisz posłuchać przed śmiercią #35 / Fatboy Slim – You’ve Come a Long Way, Baby (1998)

Czy go pamiętacie? Czy go jeszcze słuchacie? Dziś przyjrzymy się płycie będącej prawdopodobnie stałą towarzyszką domówek jakieś 20 lat temu. Mowa o wydanej w 1998 roku You’ve Come a Long Way, Baby Fatboy Slima.

Czy znałem wcześniej?

Tym razem nie mam żadnych ciekawych wspominek. Na pewno słyszałem poszczególne single, bo te na przełomie wieków puszczane były niemalże non stop zarówno w radiu, jak i telewizji. Z drugiej strony, sięgając po ten album, złapałem się na tym, że Fatboy Slim myli mi się z Mobym… Słabo, ale w latach swojej świetności byłem zbyt młody, by słuchać świadomie któregokolwiek z tych artystów. A potem jakoś już nie było sensu. O tym zresztą poniżej.

Ogólne spostrzeżenia

Zestarzało się. Straszne stwierdzenie, którego nie lubię, ale taka prawda. Oprócz singlowych hitów, czyli  Right Here, Right Now, The Rockafeller Skank oraz Praise You nie ma czego szukać na tej płycie. Naprawdę. Reszta jest albo nudnawa i niecharakterystyczna albo po prostu irytująca. Ot, idealna definicja muzyki tła. Wcale nie szalona, niespecjalnie porywająca do tańca i oldschoolowa w złym znaczeniu tego słowa.

Same single to już inna para kaloszy. Pierwszy z wymienionych to kosmiczna podróż w głąb orientalnych, kwaśnych wizji filmowca. Do tego ten skupiający się na ewolucji teledysk. Przytaczając jeden z komentarzy pod wideo – „Instant Classic”.

The Rockafeller Skank ma posmak The Chemical Brothers. Dźwięki zdają się pędzić przed siebie, jedna nuta nakręca drugą, a całość ma do tego lekki posmak południa. W wydaniu jarmarcznym, warto nadmienić. Przynajmniej ja tak to czuję. Za to Praise You odwołuje się do klasyki psychodelii, ale wprowadza ją w nową (starą już) dekadę z mocą elektronicznego beatu. Bardzo mi się to podejście podoba.

Trzy świetne, genialne wręcz kawałki i cała reszta dość monotonnych, nudnawych kompozycji. Płyta nierówna. Czy to klasyk? Nie, raczej pewien obraz nurtu, który kiedyś tam był w modzie. Ta wystrzeliła z pełną mocą, była bardzo intensywna, ale nie przetrwała długo.

Czy będę wracać?

Nie sądzę, ale przy Right Here, Right Now na pewno poderwę się z krzesełka i poruszam kuperkiem w rytm tych dźwięków.

Alternatywa

Już opisywałem i to w tym cyklu. Ponadczasowe w tym gatunku okazało się Prodigy. Do tego The Fat of the Land sprawdza się zawsze i wszędzie. Do tańczenia, do spania, do sprzątania, do oddychania. Także wybór może być tylko jeden.