100 albumów, których musisz posłuchać przed śmiercią #58 / Dizzee Rascal – Boy in da Corner (2003)

W tym gatunku jestem totalnym laikiem, ale chętnie to zmienię Dziś odsłuchuję grime’owy klasyk w postaci płyty Boy in da Corner (2003 r.), za którą stoi Dizzee Rascal.

Czy znałem wcześniej?

Znałem utwór Bonkers, bo to król imprezowych bangerów. Do tego bardzo ważna część pewnej przeróbki (jednej z wielu) kluczowych scen Upadku. Wiecie, tej o rave’ach.

W każdym razie przez długi czas nie znałem niczego więcej. Dopiero w tym roku nadrobiłem późniejszą płytę Rascala pt. Showtime. Dobry, energetyczny album i… tyle.

Ogólne spostrzeżenia

Grime to dla mnie teren nieodkryty. Przyznaję bez bicia. Znany właściwie tylko (lub aż – zależy czy ważniejsza jest dla nas jakość czy ilość) z płyt The Bug.

Dla kogoś takiego jak ja, przesłuchanie Boy in da Corner to niemalże objawienie. Objawienie przyjmujące formę mocnego ciosu w szczenę, bo intensywność dźwięków lecących z głośników jest tu naprawdę wielka. Rytm pędzi na złamanie karku, dorównuje mu tak samo szalona, „uliczna” nawijka i beat tak soczysty, że wyrywa z kapci. Dosłownie, nie przesadzam.

W chwili premiery Boy in da Corner Dylan Mills miał 19 lat. Na swoim pierwszym wydawnictwie pokazuje jednak ogromną dojrzałość. Filtruje własne doświadczenia, sytuacje i ludzi, z którymi styka się na co dzień, ale też muzyczne inspiracje swojego otoczenia i tworzy coś swojego, coś własnego. Totalnie wyjątkowego. Naprawdę rzadko zdarza mi się przesłuchać czy też poznać coś zupełnie nowego. Na tym albumie mamy do czynienia z czymś totalnie oryginalnym i wyjątkowym.

Podziw wzrasta z każdym kolejnym odsłuchem. Świetna rzecz.

Czy będę wracać?

Oczywiście!

Alternatywa

To może ten The Bug? Nada się klasyczne Angels & Devils, ale jeszcze lepszy byłby chyba ubiegłoroczny Fire.

Nic innego nie polecę, ale ciekaw jestem Waszych typów.