Bluesik to nudy? Niekoniecznie.
W gdyńskiej Desdemonie bluesowe święto. Choć obchodzone w nieco innej, mocno nietypowej formie. Fani gatunku raczej nie mieliby czego w nim szukać, ale świeże podejście do ogranej i mocno przykurzonej stylistyki to coś, co z pewnością mogło się podobać tym, którzy szukają w muzyce czegoś nowego i trudno definiowalnego.

Lokalne Some Things, występujące w duecie, zaprezentowało bagienne oblicze gitarowo-perkusyjnego grania. Pojawiły się skojarzenia z The Black Angels, chociaż w muzyce grupy zdecydowanie mniej było psychodelii, a więcej przesteru i bezpośredniego grania. Krótki set zawierał jednak wszystko to, za co lubimy takie składy. Przybrudzone brzmienie i dość melodyjne kompozycje pozwalały się przenieść, choć na krótką chwilę, na duszne mokradła Lousiany.

Koń zaprezentował jeszcze inne oblicze. Ich szaleńczy, muzyczny galop trudno porównać do czegokolwiek innego, a pomagało im w tym wykorzystywane instrumentarium. Dęciaki i klawisze robiły za bas, za to sekcją nieoczekiwanie stała się perkusja i gitara. Rwane, metaliczne riffy nadawały nietypowego rytmu, co jednak zupełnie nie przeszkadzało zespołowi w złapaniu własnego, silnie naznaczonego kwasem przelotu. Jako odbiorca łatwo było się też w nim odnaleźć, a dzięki tak oryginalnemu podejściu do dźwięków będzie to koncert, który będzie wspominać się długo.
Jak widać, blues da się lubić. Szczególnie gdy stanowi punkt wyjścia do własnych, eksperymentalnych poszukiwań.
Odkryj więcej z Hałasy i melodie
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

