Inni z pewnością lepiej opisali ten album. Dla mnie In a Poem Unlimited to dość mocne wyjście ze strefy komfortu. Ale żeby wrócić pod ciepłą pierzynkę, posłuchać ogranych i lubianych patentów z ciepłym kakao w dłoni i uśmiechem na ustach i poczuć się wspaniale powinno się czasami wyjść na spotkanie z nieznanym. Czyli na przykład wyjść z domu.

Oczywiście trochę przesadzam, ale U.S. Girls niespecjalnie leżało w kręgu moich zainteresowań. Sporo dobrych recenzji i ocen ostatniej płyty skłoniło mnie jednak do tego, by po ten album sięgnąć. Choć nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Paradoksalnie, zamiast walczyć z żywiołem, znalazłem się z powrotem w łóżeczku. Co prawda poduszeczka jakby trochę przymała, pościel też nie z atłasu, a za oknem wrzaski mew, ale jest wygodnie. Tylko to mleko 0,5% w moim kakao.

Co tak właściwie mam do przekazania przez powyższe, dość wydumane porównania? Ano tyle, że muzyka na In a Poem Unlimited może i jest odtwórcza, ale bardzo przyjemna. Taka jak ciepłe łóżecz… Dobra, stop! Rozchodzi się o to, że utwory aż kipią od pomysłów i mieszają wszystko to, co bywalcy parkietów lubią (w tym ja, ale parkietem jest mój pokój). Jest tu i funk i disco (Mad As Hell), odpryski soulu (Rosebud), g-funk (Pearly Gates), gdzieniegdzie pobrzmiewają nam saksofony (Rage of Plastics), na chwilę wpada jazz-rock (chyba ulubiony, wieńczący całość Time) a i mroczniejszy fragment się przydarzy (Incidental Boogie). Przede wszystkim jednak jest popowo i przebojowo. Choć przez ilość zastosowanych patentów z lekka mniej popowo, niż się spodziewałem. Refrenów w sumie jest tu niewiele, teksty też bardziej zaangażowane. Taki pop to ja lubię. Jest słodko, miejscami z lekka kiczowato, ale ambitnie.

Ta żonglerka stylami tworzy kolejny paradoks. Z jednej strony – nie mamy poczucia, że utwory są od siebie oderwane, bo łączy je głos samej Meghan. Z drugiej – łapię się na tym, że jak chcę posłuchać czegoś energetycznego, to sięgam po inną płytę. Jak szukam spokojniejszych rytmów, to też w głośnikach zaczyna lecieć coś innego. Dezorientuje mnie to, ale chyba jeszcze bardziej zdezorientowana jest sama Meghan. Przy którymś przesłuchaniu to wrażenie trochę mija, bo oswajamy się z tym materiałem i zaczynamy znajdować poukrywane gdzieniegdzie smaczki, ale sami wiecie, jak to jest z tym pierwszym wrażeniem.

Istnieje jednak szansa na to, że następna płyta zwali mnie z nóg. Samo In a Poem Unlimited jest dobrym albumem z kilkoma świetnymi utworami. Wierzę, że na następnej już wszystkie takie będą. A tymczasem wracam do łóżeczka!